Niebezpieczne związki Dominika Bosa? (Awięc)

Blitzkrieg (niemiecka doktryna wojny błyskawicznej) zaskoczył wiele państw, w tym Polaków, Francuzów i w początkowym etapie wojny – Rosjan. Blitzkrieg był strategią niezwykle skuteczną, do czasu gdy przeciwnicy nie zastosowali tej samej strategii wobec Niemców.

Błyskawiczny atak z zaskoczenia oznacza najczęściej wygraną dla tego, kto wykorzystuje tę strategię.

Blitzkrieg

Przykłady można mnożyć, np. nawet najlepszy bokser gdy dostanie z zaskoczenia pięścią w brodę od znacznie słabszego napastnika, zostanie znokautowany i nie ma znaczenia jak bardzo jest sprawny. Gdyby atakujący stanął z zawodnikiem twarzą w twarz, zostałby szybko pokonany – tak więc zaskoczenie pozwala osiągnąć wszystkie możliwe cele, mimo bycia znacznie słabszym od zaatakowanego.

Około dziesięć miesięcy temu, poczułem się tak samo, jak Rosjanie poczuli się po 22 czerwca 1941 roku, gdy zostali zaatakowani przez wehrmacht. Mimo potężnych, znacznie większych sił niż Niemcy, ponosili potworne klęski dzień za dniem.

Analogicznie w moim przypadku. wydawało mi się że to co tworzę, to co ma pomóc ludziom w ciężkich życiowych sytuacjach, cała moja wiedza, pisanie, nagrania audio, a w końcu z początku nieśmiałe występowanie przed kamerą, łącznie z informacjami potwierdzanymi przez autorytety naukowe, jest nie do ruszenia – jakże byłem naiwny!

Zaskoczenie i szok

Rosjanie zostali zaskoczeni nie tylko nagłym atakiem, ale byli też nieprzygotowani na strategię blitzkriegu.

Tak samo i ja zostałem zaskoczony i zszokowany atakiem na mnie, dokonanym przez Pana Dominika Bosa z kanału Awięc. Nie miałem pojęcia że ktoś taki istnieje, oraz że zastosowano na mnie taktykę, którą i owszem, teoretycznie znałem (tak jak Rosjanie wiedzieli że Niemcy atakują zgodnie z doktryną wojny błyskawicznej), ale nigdy jej nie doświadczyłem na sobie w takiej skali.

Czułem się zdezorientowany i ogłuszony. Oto młody i przystojny (to ma znaczenie, zwłaszcza gdy widzami są młode kobiety i to co powie ich idol jest święte, nie podlega żadnej dyskusji) youtuber, ukazuje się jako sympatyczny, broń Panie dobry Boże nie agresywny komentator, który zupełnie przekręca sens tego co powiedziałem, ale robi to rzekomo pozytywnie do mnie nastawiony. Mówi też na początku, żeby mnie nie atakować… co jest wspaniałą formułką, dzięki której może uniknąć pozwów sądowych. Niestety, na słowach się kończy, gdyż ani ja ani nikt inny nie widział, by Pan Dominik prosił o zaprzestanie hejtu na osobach, które wyszydził i wyśmiał, rzekomo robiąc to z pozytywnymi intencjami.

Tak więc z jednej strony mamy miłe uśmiechy, fajne, dobre słowa, pozytywną energię, a z drugiej gigantyczną falę setek (szło w tysiące, kilkaset zostawiłem, ponad tysiąc skasowałem ze względu na wybitnie wysoki poziom wulgaryzmów) lżących mnie komentarzy i zmianę mojego wizerunku o 180 stopni – z kogoś kto ostrzega młodych mężczyzn przed tym, by nie dali się wykorzystywać dziewczynom udającym depresję, ponieważ z takiego „pomagania”, czynionego by zainteresować sobą dziewczynę i doprowadzić do związku z nią, nic dobrego nie wyniknie.

Desperat kobiet nie ekscytuje…

Mężczyzna dający się mamić oszustce kilka lat, na pewno nie wzbudzi w niej pożądania, ponieważ jest słaby, naiwny i zdesperowany. Żaden silny mężczyzna, nie służyłby latami kobiecie z którą chce mieć związek czy też przespać się – i jak twierdzą naukowcy (np. Louann Brizendine, Buss i wielu innych), Panie nie podniecają się przy słabych, zdesperowanych mężczyznach, tylko przy silnych psychicznie, zdecydowanych, często idących przez życie po trupach do celu. Myślę że każdy z czytających te słowa, widział na własne oczy „złych chłopaków” (szkoła, osiedle), za którymi latały dziewczyny – i widział także „dobrych chłopaków”, grzecznych, dobrze się uczących, którzy często w szkołach byli wyśmiewani i żadna z dziewczyn nie była tą grzecznością zainteresowana. Tak więc jest to nie tylko naukowa wiedza, ale i wiedza płynąca z obserwacji każdego normalnego człowieka.

W swoim materiale powiedziałem wprost, wielokrotnie – od leczenia depresji są wykształceni fachowcy (psychiatrzy, psychologowie, psychoanalitycy), a nie młody chłopak, który w imię walki z depresją jest naciągany na pieniądze, czas, energię życiową. Ponieważ wiele lat rozmawiałem z takimi ludźmi, wiedziałem że prowadzi to do sporych strat finansowych i emocjonalnych, a na końcu do wielkiego rozczarowania i rozbicia psychicznego.

Męskie ofiary takich oszustek i manipulantek, sami mają po dłuższym czasie bycia eksploatowanymi depresję, w której nie mogą nawet marzyć o tym, że ich „chora” przyjaciółka im pomoże. Tacy mężczyźni po upokorzeniu związanym z byciem wykorzystanymi, nie tylko cierpią, ale też niekiedy zaczynają nienawidzić kobiet. Właśnie z tego względu trzeba o tym mówić, informować ludzi i uświadamiać ich o niebezpieczeństwach związanym z tym, że niestety, ale ludzie potrafią się wzajemnie bezwzględnie wykorzystywać i oszukiwać symulując różnego rodzaju choroby.

Wykorzystanie i poniżenie

Młody chłopak pragnie, by dziewczyna która mu się podoba, zainteresowała się nim – dziewczyna mówi że ma „doła”, depresję, że nie ma nikogo kto by jej pomógł… co oczywiste, zakochany chłopak będzie pomagał, w nadziei na związek, obopólne zakochanie, miłość. Ale ile można pomagać, wozić, kupować prezenty w imię „depresji”? W końcu staje się jasne, że rzeczony chłopak był tylko i wyłącznie wykorzystywany, a po miesiącach czy latach dowiaduje się że dziewczyna mu przecież nic nie obiecywała, że sobie coś uroił w głowie… czy dziewczyna ma rację? Ma. Nic nie obiecywała słowami, ale zachęcała np. mową ciała, spojrzeniami, co podnieconemu młodemu mężczyźnie wystarczy by stworzyć sobie w wyobraźni wizję związku, a nawet małżeństwa…

Chłopak powinien wiedzieć, że takie działania nie mają sensu. I to co nagrałem, było właśnie taką próbą wytłumaczenia młodym, niedoświadczonym mężczyznom, jakie działania mają sens, a jakie wydrenują ich tylko z pieniędzy, czasu i energii życiowej, zniszczą w nich zaufanie.

Logiczne, prawda? No cóż, nie dla Pana Dominika, który tak wszystko przekręcił, że wyszedłem na oszołoma – egoistę, który żąda od ciężko chorej na depresję dziewczyny seksu za swoją pomoc. Sam w tej „diagnozie” dopomogłem, ponieważ raz w czasie filmu – świadomie obleśnie się uśmiechnąłem, wiedząc że moi wieloletni fani uwielbiają takie żarciki. Oczywiście zostało to bezwzględnie wykorzystane przez Pana Dominika.

Obleśny oszołom, który latami pomaga ludziom…

Chcąc pomóc wykorzystywanym (także kobietom, które mężczyźni oszukują), stałem się obleśnym sadystą bez empatii, potworem.

Staranie się, by ludzie uczyli się na moich i chłopaków z forum braciasamcy.pl błędach, ciężka praca by tę wiedzę zorganizować i przekazać (stworzenie kosztownych stron, portali) zostaje zrujnowane poprzez pokazanie mnie w fałszywym świetle – i co w tym wszystkim jest najbardziej smutne, to to że cały ten festiwal wyszydzania człowieka, jest robiony rzekomo z pozytywnymi zamiarami i pozytywną energią.

Czyli z jednej strony uśmiech i pozytywna energia młodego, nowoczesnego mężczyzny, z drugiej faktyczny hejt i zgnojenie kogoś bez litości.

I właśnie ta strategia, określona przez Pana Maćka z kanału „Bądź Na Bieżąco” jako „hejt w białych rękawiczkach”, tak mocno mnie ogłuszyła. Oczywiście, dokładnie tak samo jak Pan Maciek, zareagowałem impulsywnie. To oczywiste, że gdy ktoś stara się zniszczyć Ci z uśmiechem na ustach lata ciężkiej pracy, to się najzwyczajniej w świecie wkurzasz – i wpadasz w sprytną pułapkę.

Oczekiwany kontratak

Efektem nagrania kontrującej audycji (gdzie poinformowałem że przemyślę podjęcie kroków prawnych wobec śmieszkujących ze mnie youtuberów) było kolejne wyszydzenie mnie i pokazanie jako agresora i wariata, kiedy to Pan Dominik jest tak miłym, serdecznym, uśmiechniętym człowiekiem na luzie. Ja natomiast wyszedłem na tego złego, wręcz napastnika, a Pan Dominik wyszedł na spokojnego, dobrego człowieka który broni się przed napastliwym oszołomem, który nie chce bez seksu pomagać chorym na depresję kobietom. Przypominam że to nie ja, a Pan Dominik pierwszy zaczął o mnie nagrywać.

Musiałem otwarcie przed sobą samym przyznać, że w tym niechcianym przeze mnie starciu poniosłem druzgocącą klęskę, ponieważ walczyłem w obronie swojego dobrego imienia na znanych mi zasadach, nie rozumiejąc w jaki sposób mnie zaatakowano.

Każda klęska może człowieka wiele nauczyć. Żeby takie sytuacje się nie powtarzały, chciałem zrozumieć dlaczego nie mający ze mną nic wspólnego youtuber mnie zaatakował, oraz jak działa metoda, która sprawiła mi publiczne lanie. Zacząłem to wszystko analizować, i doszedłem do kilku wniosków:

1. Pan Dominik nic nie tworzy. Jego cała działalność to tylko wyśmiewanie, wyszydzanie, wyciąganie zdań i słów z kontekstu by przedstawić je w zupełnie innym, oczywiście niekorzystnym dla „ofiary” sensie. Tak jest łatwiej, ponieważ by tworzyć trzeba mieć wiedzę, oraz dużo zaparcia by coś tworzyć. Moje forum braciasamcy.pl, strony i portale są zwieńczeniem ponad 11 – letniej, ciężkiej pracy bez żadnych wakacji, praktycznie każdą wolną chwilę inwestowałem w stworzenie terapeutycznej społeczności, gdzie można znaleźć pomoc i wsparcie. Tworzenie jest bardzo ciężkie i kosztowne – znacznie łatwiej jest znaleźć jeden fragment większej całości i wyszydzić kogoś, z czego są pieniądze (reklamy na youtube).

2. Dziwnym trafem, przypadkiem albo i nie, najmocniej atakowani są ludzie którzy mówią wprost o tym, że Niemcy traktują nas jak podludzi – nie ma mowy o reparacjach wojennych, odszkodowaniach za sześć milionów zamęczonych ludzi, obozy koncentracyjne, palenie nami – Polakami – w piecach, zniszczenie infrastruktury, fabryk, wywożenie małych dzieci na zniemczenie (gdy się nie nadawały, śmierć od bolesnego zastrzyku w serce), bestialskie, nieludzkie eksperymenty „medyczne” na Polakach. Wszyscy dostali reparacje – oprócz nas, mimo że Polskę prawie zrównano z ziemią. Nawet państwa afrykańskie sądzą się za kolonie sprzed stu lat, a Francuzi mieli zapłacone za pierwszą (!) wojnę światową. My jesteśmy tylko klepani po plecach w imię przyjaźni między narodami.

3. Działalność Pana Dominika można podsumować jednym, celnym zdaniem: „swoje gnoicie, cudze chwalicie”. Wydaje się, że każdy kto mówi dobrze o naszym nieszczęsnym kraju, wzbudza złość Pana Dominika. A jeśli ktoś jeszcze powie coś o pasożytniczych stosunkach między Polską a Niemcami, może się spodziewać wyszydzenia na kanale „Awięc”.

Gdy ktoś mówi o Niemcach prawdę, Pan Dominik wyszydza jakiś medialny temat (u mnie to była udawana a nie prawdziwa depresja u kobiet), więc gdy mówię coś o reparacjach wojennych od Niemiec dla Polski, można na mnie wskazać palcem i powiedzieć – to ten, co nie chce pomagać biednym, chorym na depresję kobietom i jeszcze chce od nich seksu!

Wyszydzanie i wyśmiewanie

W ten sprytny sposób, każdy kto uświadamia Polakom w jakim oszustwie żyjemy, może mieć zniszczoną opinię, przez co wszystko co powie traci na ważności i wartości. Czy taka złośliwa działalność Pana Dominika jest tworzona nieświadomie czy całkowicie świadomie, jest dla mnie zagadką. I by ją rozwikłać, nagrałem materiał o Panu Dominiku na vimeo (niestety, na youtube jego fani zgłaszają kanały, nie chciałem ryzykować kolejnej utraty kanału), zadając pytania, które od jakiegoś czasu krążą w internecie. Chciałbym uzyskać na nie odpowiedzi, by zrozumieć o co tak naprawdę chodzi Panu Dominikowi.

Zamiast odpowiedzi na te jakże ważne pytania, Pan Dominik wyśmiał je na początku swojego nowego nagrania, śmiejąc się ze jest agentem niemieckim. Oczywiście takie szyderstwo ma sprawić, że każdy automatycznie na taką myśl się zaśmieje, i nie weźmie jej na poważnie.

Nie o taką odpowiedź mi chodziło, więc jeszcze raz. Panie Dominiku:

1. Czy kiedykolwiek brał Pan pieniądze od licznych w Polsce fundacji niemieckich, oraz innych fundacji, ściśle z nimi współpracujących? Np. fundacja Schumanna.

2. Czy kiedykolwiek czerpał Pan zyski z tychże fundacji (zaproszenia na imprezy, szkolenia, kursy, dofinansowania, sprzęt itd.)

I najważniejsze pytanie:

3. Jakie jest Pana zdanie o reparacjach wojennych od Niemiec dla Polski? Uważa Pan że się nam należą za zniszczenie naszego kraju, co odczuwamy do tej pory, czy też się nie należą? Bardzo proszę o szczerą odpowiedź bez śmieszkowania i pajacowania w tym bardzo ważnym dla wszystkich Polaków temacie.

Podsumowanie

Reasumując, moje osobiste zdanie na temat Pana Dominika jest takie, iż jest to internetowy hejter, który działa „w białych rękawiczkach” (jak to opisał Pan Maciek). Jest to szyderca, który niszczy udając pozytywnego człowieka tylko i wyłącznie neutralnie komentującego rzeczywistość – dziwnym trafem tę część rzeczywistości, która poddaje w wątpliwość dobrą wolę Niemców.

Jest też człowiekiem mściwym i bardzo nadwrażliwym na każdą opinię o sobie, a z tego co zauważyłem na streamach, jego wesołość z filmów jest tylko maską mającą podkreślić jak bardzo jest pozytywnym człowiekiem. Podkreślam że są to jedynie moje przypuszczenia, które mogą być mylne.

 

———————————————————————————————————————

Linki i źródła.

Pan Dominik Bos tak bardzo ze mną sympatyzujący, wyszydzający mój brak matury w prywatnej wiadomości – już nie jest tak miły jak to wyglądało na filmie, nieprawdaż?

OK, nie mam matury, ale wiem że Pan Adolf H. był Austriakiem a nie Niemcem, wiem że mówi się Angela a nie Andżela (teraz ja się przyczepiłem głupot, nie mogłem się powstrzymać), jestem twórcą 14 nieźle sprzedających się książek, napisałem ponad 3 tysiące felietonów (wiele było szeroko komentowanych w internecie), pomogłem skutecznie wielu ludziom, chociaż to tylko moja subiektywna opinia, stworzyłem bardzo dobrze funkcjonujące forum i kilka innych portali. W związku z tym nie mam kompleksu niższości związanego z brakiem matury, którą swoją drogą zdałbym gdyby nie pomoc koleżance (której tę maturę z matematyki napisałem) i konflikt z nauczycielką j. polskiego – fanką poprzedniego ustroju.

Źródło do zdjęcia tytułowego: pdf pochodzi ze strony http://arch.schuman.pl/pl/seminaria-europejskie-2015-2016

Źródło do zdjęć w artykule: https://www.facebook.com/Rewolucje-w-stosunkach-mi%C4%99dzynarodowych-1007920382621474/    https://rewolucje-w-stosun.wixsite.com/projektismuw2016

Https:// www.youtube. com/watch? v=b66F8qy8jy0

Historia Ani, czyli piekło stalkingu cz.3

Witam was ponownie.

W ramach wstępu pragnę wszystkim podziękować za przeczytanie mojego artykułu o stalkingu, oraz za komentarze na jego temat. Wasze pochwały oraz słowa wsparcia były dla mnie bardzo budujące i upewniły mnie w przekonaniu, że ta publikacja była dobrym krokiem. Jestem wdzięczna też za mniej przychylne opinie – dzięki nim wiem nad czym mam pracować i na co uważać przy tworzeniu kolejnych tekstów.

Pragnę podkreślić i przypomnieć, że piszę jako osoba anonimowa i nie zgadzam się na używanie mojego nazwiska w internecie. Niestety wciąż pojawia się ono w bandyckich wpisach hejterów i stalkerów na różnych portalach oraz, właściwie głównie, na blogu „Kannister”.

W ciągu tygodnia od opublikowania mojego felietonu o prześladowaniu miało miejsce kilka nieprzyjemnych wydarzeń, które niejako zmusiły mnie do napisania jego kontynuacji. Okazało się też, że niektóre wątki wymagają dokładniejszego omówienia, bo niedopowiedzenia dają pole do popisu nieżyczliwym mi oraz Markowi ludziom.

Spraw jest kilka, ale najważniejsza dotyczy niejakiego Sławomira K. – mężczyzny, o którym pisałam już w poprzednim artykule. Prawdą jest, że Pan Sławomir K. w dniach 21 oraz 23 lutego 2018 odezwał się do mnie na Facebooku. Nie mam jednak pojęcia, dlaczego uznał on, że od razu odczytałam jego wiadomości. Tak się składa, że w tym okresie byłam intensywnie nękana groźbami oraz wyzwiskami, które kierował do mnie prześladowca właśnie za pośrednictwem wiadomości prywatnych na Facebooku, więc nie sprawdzałam skrzynki codziennie – czytanie tego typu treści przerażało mnie i potęgowało lęk, który odczuwałam.

Kiedy jednak w końcu odczytałam to co napisał do mnie Sławomir K., nie miałam pojęcia o co mu chodzi, nie wiedziałam że ktoś podszywał się pode mnie i wysyłał mu jakieś maile w moim imieniu, było to dla mnie szokujące i kompletnie się tego nie spodziewałam. Zrobiłam to co uznałam za słuszne – wydrukowałam skany wiadomości od niejakiego Sławomira K. i dołączyłam wszystko do teczki, którą miałam lada dzień zanieść na policję.

Po przemyśleniu sytuacji i zasięgnięciu porady u kilku osób postanowiłam odpisać Sławomirowi K. Nie mogłam jednak tego zrobić z profilu którego aktualnie używałam, gdyż nie życzyłam sobie by obcy mi mężczyzna miał dostęp do mojego statusu aktywności na Facebooku czy też miał możliwość wysyłania mi kolejnych wiadomości. Nie miałam przecież żadnej gwarancji, że jest osobą za którą się podaje.

Skorzystałam więc ze swojego starego, awaryjnego profilu. Napisałam do Sławomira K. wiadomość, którą możecie przeczytać na załączonych screenach. Było dla mnie jasne, że to co napisałam załatwia sprawę i że pan Sławomir K. zrobi to co powinien – zgłosi wszystko na policję i da mi spokój oraz usunie post z moim nazwiskiem ze swojego oficjalnego profilu. Tak się jednak ku mojemu zdziwieniu nie stało – po dziś dzień nie wiem dlaczego, jest to dla mnie kompletnie niezrozumiałe.

To niestety nie była ostatnia wiadomość jaką wysłano mi z profilu Sławomira K. na facebooku! Wyobraźcie sobie, że kilka dni temu na moją skrzynkę wpłynęły kolejne rewelacje od tego człowieka – dosłownie rewelacje, bo kiedy je przeczytałam nie mogłam uwierzyć, że wysłał je pan K. we własnej osobie. Jak możecie przeczytać, mężczyzna ten chciał ode mnie wyjaśnień co do tekstu, który napisałam całkowicie anonimowo! Zasugerował, że w felietonie o stalkingu była mowa o nim, mimo że nigdy nie użyłam tam jego nazwiska (jest to o tyle śmieszne, że on sam nie miał oporów, by moje nazwisko publicznie oczerniać na swoim Facebooku).

 

Na dodatek, o zgrozo, powołał się na łamiący prawo, oczerniający mnie oraz przede wszystkim Marka oraz jego chorą przyjaciółkę blog „Kannister”! Mam więc rozumieć, że twórca portalu Kannister jest panu Sławomirowi K. bliski, utrzymuje on z nim kontakt? Ciekawe czy zdaje on sobie sprawę, w jakim stawia go to świetle? Grożenie mi poinformowaniem najgorszego elementu który gromadzi się na tym blogu, do którego należą ludzie podejrzani o terroryzm i inne kryminogenne elementy blisko związane z Pawłem G., osadzonym w brytyjskim więzieniu, nie przystoi porządnemu człowiekowi.

Nie zamierzam odpisywać na wiadomości otrzymane od Sławomira K. na Facebooku. Nie mam takiego obowiązku, ponieważ nie mam gwarancji że jest osobą za którą się podaje, nie mam też z nim nic wspólnego. Jeśli jednak ten Pan do mnie jakieś zarzuty lub pretensje, zachęcam go do zgłoszenia ich na najbliższym komisariacie policji. Z mojej strony wszystko zostało wyjaśnione w wiadomości wysłanej 13 marca 2018 roku.

W tekstach umieszczonych na blogu „Kannister” pojawiło się kilka kłamliwych treści na mój temat. Nie powinnam na nie odpowiadać, ponieważ zostały opisane przez osobę anonimową, a co za tym idzie nie mają większego znaczenia, są to tylko oszczerstwa nie mające żadnego oparcia w rzeczywistości. Zrobię jednak wyjątek i odpowiem na zarzuty tchórzliwego autora, atakującego ludzi z ukrycia i używającego do tego niegodnych technik.

Po pierwsze, nigdy nie straciłam dostępu do swojego konta na Facebooku. Stało się to raz i to jedynie na kilka godzin – do czasu aż wyjaśniłam wszystko z administracją portalu. Odpisałam Sławomirowi K. ze swojego awaryjnego konta z powodów, które wymieniłam już kilka akapitów wyżej.

Po drugie, nigdy nie wysyłałam żadnych wiadomości mailowych ani do autora bloga „Kannister”, ani do Sławomira K. – za wyjątkiem tej jednej, której skan został umieszczony w tym tekście. Wszystko co było wysyłane spod moich danych personalnych, było robotą podszywającego się pode mnie stalkera.

Po trzecie, pragnę przypomnieć że nie byłam autorką bloga „annajxxxxx.wordpress.com”! Został on założony prawdopodobnie przez Pawła G. Treści tam umieszczone były nieprawdziwe. Nikt o zdrowych zmysłach nie uwierzy, że mogłabym pomawiać i grozić komukolwiek używając do tego swoich danych, w dodatku publikując swoje zdjęcia, adres oraz umieszczając linki do pobierania książek Marka. Założenie, że sama miałabym zrobić coś tak głupiego jest śmieszne i absurdalne.

Wyjątkowo zszokował mnie też fragment, w którym Kannister sugeruje, jakobym nie była autorką artykułu o stalkingu. Argument na jaki się powołuje to „bo styl nie pasuje do wizerunku kobiety z fb zdjęć”! Oh, czyżby „psycholog z Krakowa” oceniał osobę na podstawie jej wyglądu? Czyżby właśnie okazał się osobą płytką i powierzchowną, która wydaje sądy na temat nieznajomej kobiety? Czy tylko dla mnie wydaje się to nieprofesjonalne i obraźliwe?

Dodatkowo, anonimowy oczerniacz (tytułujący się „blogującym psychologiem z Krakowa”) zaledwie akapit wyżej zarzuca mi, że mój opis pani E (przyjaciółka Marka, również szkalowana na blogu Kanister) był nieprawdziwy, bo „nigdy jej na oczy nie widziałam”! Czy można być większym hipokrytą?

Kannister w swoim dalszym wywodzie żąda ode mnie dowodów na działanie stalkera… Serio, osoba której kryminalne działania musiałam zgłosić na policję, bo umieszczała moje dane oraz obraźliwe treści na mój temat, chce czegoś ode mnie? Na jakiej podstawie sądzi, że powinnam się fatygować i udowadniać coś komuś kto mnie oczernia, na dodatek robi to z ukrycia, jak tchórz? Jest to zabawne i żałosne. Dowody na działania stalkera są tam gdzie być powinny – u odpowiednich służb.

Co do mojego profilu na Facebooku – jest pusty, ponieważ byłam zmuszona ukryć wszystkie informacje ze względu na stalking. Opisałam to już w swojej poprzedniej publikacji. Sugerowanie, że ukryłam informacje o sobie z jakichkolwiek innych powodów jest bezpodstawne.

Serdecznie dziękuję wszystkim za wsparcie. Jest to dla mnie bardzo ważne, ponieważ stalkerzy robili wszystko co w ich mocy, żebym została sama, bez żadnej pomocy i wsparcia.

 

Autor: Ania J.

Zdjęcia: pixabay, facebook.

Historia Ani, czyli piekło stalkingu cz.2

Nie myślcie jednak, że zaufałam obcemu człowieku bez mrugnięcia okiem, co to to nie! Zabezpieczyłam się przed ewentualnym oszustwem już na samym początku znajomości – sądziłam nawet, że całkiem nieźle, niestety bardzo mocno się pomyliłam. Za gwarancję szczerości pana detektywa uznałam fakt, że przesłał mi sporo swoich zdjęć, fotki swojego mieszkania, samochodu wraz z numerami rejestracyjnymi, a także dwie swoje plakietki służbowe – z numerem licencji ochroniarskiej, zdjęciem, imieniem i nazwiskiem oraz nazwą firmy w której pracuje.

W tamtym momencie byłam już pewna, że czas to kończyć. Poinformowałam Pawła, że nie chcę kontynuować naszej relacji – wytłumaczyłam mu, że nie wzbudza mojego zaufania, że uważam go za osobę zbyt natarczywą, że przeraża mnie stopień jego zaangażowania i nachalności. Była to decyzja ostateczna. Nie chciał jednak przyjąć tego do wiadomości, do ostatniej chwili w sposób płaczliwy i histeryczny starał się mnie przekonać, że popełniam błąd. Wtedy już wiedziałam, że mam do czynienia z osobą niezrównoważoną psychicznie – nie mogąc znieść odrzucenia ten człowiek zaczął mnie obrażać! Musiałam to ukrócić, więc go po prostu zablokowałam, zarówno w telefonie jak i w internecie.

Przez kilka dni, tygodni – trudno mi powiedzieć ile czasu minęło – panował spokój. Pierwszym sygnałem, że mam poważne kłopoty była kartka świąteczna którą otrzymałam pocztą polską – jedyne co było na niej napisane to „Wesołych świąt życzy Paweł”. Po moim karku przeszedł zimny dreszcz, zdałam sobie sprawę że to nie jest dobry znak. Mimo to zignorowałam ten dziwny list i nikomu o nim nie powiedziałam. Wtedy jeszcze nie miałam pojęcia, że to dopiero początek piekła jakie zgotuje mi stalker Paweł.

Czas kiedy byłam intensywnie atakowana pamiętam jak przez mgłę. Zapomniałam o wszystkim co czułam i myślałam dotychczas, wszystko poszło w odstawkę – zostało tylko ono: ogromne poczucie zagrożenia, niewypowiedziany strach. Wiecie co było najbardziej przerażające? Że agresor był nieuchwytny, nienamierzalny, nie było wiadomo z której strony i w jaki sposób uderzy. Ponoć panika motywuje do walki, jednak w moim przypadku chyba tak nie było.

Ciosy zaczęły na mnie spadać jak gromy. Moje konto na Facebooku było co najmniej raz atakowane przez hakerów – straciłam do niego dostęp na kilka godzin i po dziś dzień nie wiem czy ten atak był skuteczny. Musiałam ukryć wszystko co publiczne na swoim profilu – bo wpisywał się tam stalker spod fałszywych kont. Wielokrotnie, tygodniami, otrzymywałam wiadomości z groźbami, wyzwiskami, obrzydliwym i podłymi rzeczami na mój temat. Grożono także mojej najbliższej rodzinie. Jako ultimatum postawiono mi odejście z internetu na zawsze. Moje zdjęcia i dane osobowe – wraz z adresem zamieszkania – były umieszczane na portalach erotycznych, przez co na mój numer dzwoniło i pisało dziesiątki osób. Stalker wrzucał gdzie się da informacje na temat mojego miejsca pracy, opisywał mnie jako osobę chorą psychicznie, robił wszystko by zniszczyć moje dobre imię.

Stalker podszywał się też pode mnie na streamach Radio Samiec oraz na forum „BraciaSamcy”. Prześladowca i jego pomocnicy przez wiele dni uskuteczniali swoją podstępną praktykę – obrali sobie za cel zrobienie ze mnie osoby niezrównoważonej i nienormalnej w oczach Marka oraz całej skupionej wokół niego społeczności. Paweł za wszelką cenę chciał sprawić, bym odeszła z forum i przestała się udzielać na kanale. On i jego poplecznicy wprowadzali chaos i to naprawdę skutecznie.

Mój stan zaczął się pogarszać – zaczęłam wpadać w panikę, czułam się coraz bardziej osaczona, w moim życiu na dobre zapanował lęk. Postanowiłam, że muszę opowiedzieć o wszystkim Markowi. Dzięki niemu znalazłam w sobie siły by działać – to on uświadomił mi, że zgłoszenie sprawy na policję jest nie tylko wskazane, a wręcz niezbędne. Że mam szansę by wygrać z prześladowcami – że warto walczyć i się nie poddawać. Dzięki niemu zrozumiałam, że nie mogę dać się zastraszyć. Fakt, że stanął publicznie w mojej obronie właściwie uratował mi życie – bo przestawałam już wierzyć w jego sens, bycie prześladowaną było dla mnie zbyt dużym obciążeniem do uniesienia w pojedynkę.

To jednak był dopiero początek działań stalkera – widocznie nękanie tylko mnie to było dla niego zbyt mało, najwyraźniej żądza krzywdzenia i niszczenia innych jest w Pawle wyjątkowo paląca. Zaczął się atak na Marka, jego portale, wszystko co stworzył, a co gorsza – na najbliższe mu osoby. Do strachu o bezpieczeństwo moje i mojej rodziny dołączyły wyrzuty sumienia, że sprowadziłam na niewinnych ludzi nieszczęście w postaci niezrównoważonego psychicznie bandyty internetowego.

Z przerażeniem czytałam treści obelżywych wiadomości które otrzymywał Marek, od razu wiedziałam że ich autorem jest ta sama osoba, która prześladuje mnie – detektyw Paweł G. Dowodem na to że oprawca jest ten sam można też łatwo uznać fakt, iż wszystko zbiegło się w czasie, moje dane zostały „sprzedane” hejterom Marka, moje nazwisko zaczęło pojawiać się na oczerniających go portalach, zostałam przedstawiona jako „bojowniczka”, która przepuszcza szturm na jego prześladowców. To nie mógł być przypadek ani zbieg okoliczności.

Ten pozbawiony honoru i ludzkiej godności osobnik posunął się nawet do tego, by dręczyć przyjaciółkę Marka – ciężko chorą, zasłużoną dla społeczeństwa lekarkę o dwóch specjalnościach, osobę dobrą i niewinną, kompletnie niezwiązaną z całą sprawą. Nie tylko wysyła na nią donosy do wszystkich możliwych służb oraz do izby lekarskiej – wielokrotnie groził jej też w wiadomościach do Marka, tak samo jak groził jego rodzicom. Nie mogę pojąć jak można być zdolnym do takich czynów, to jest po prostu nieludzkie postępowanie.

Kiedy sądziłam już, że nic gorszego nie może się wydarzyć, okazało się że Paweł był pod miejscem zamieszkania Marka i jego przyjaciółki. Śledził ich, obserwował i robił zdjęcia, które później mu wysłał wraz z kolejnymi groźbami. Zdjęcia te były publicznie dostępne u hejterów Marka, którzy je w obelżywy sposób komentowali.

Czułam jakby coś ciężkiego spadło mi na głowę. Zdałam sobie wtedy sprawę, że zagrożenie jest realne, że moje życie może być zagrożone. Wiedziałam już że nie mogę czuć się bezpieczna pod adresem który zna Paweł. Od tej pory muszę uważać na każdy krok, boję się pokazywać w miejscu znanym przez prześladowcę, bo może się tam pojawić. Bezustannie martwię się o swoją rodzinę – bo przecież nigdy nie można być pewnym, co przyjdzie do głowy stalkerowi, nie wiadomo do czego posunie się ktoś popychany nienawiścią, żądzą zemsty, a może nawet chorobą psychiczną.

To jednak wciąż nie był koniec wydarzeń. Kolejnym przebiegłym planem stalkera Pawła było narobienie mi kłopotów z prawem, zresztą w swoich wiadomościach wprost napisał, że pragnie bym została kozłem ofiarnym w całej sytuacji, została ukarana, a najlepiej wsadzona za kratki. Założył bloga, na którym umieścił tekst podpisany moim imieniem i nazwiskiem, były tam groźby karalne wobec mężczyzny którego nie znam, niejakiego Sławomira K. Podszywający się pode mnie stalker sugerował tam, że jest to hejter Marka, a ja rzekomo chcę mu w jakiś sposób zaszkodzić. Mężczyzna ten, Sławek K., napisał do mnie wiadomość na Facebooku, w której zapytał czy odpowiadam za groźby wobec niego. Poinformowałam go, że nie mam z tym wszystkim nic wspólnego, że jestem ofiarą kradzieży tożsamości oraz prześladowania. Mimo to ten pan umieścił na swoim prywatnym profilu na Facebooku krzywdzącą i obraźliwą informację, jakobym dopuściła się czynów karalnych wobec niego. Najwyraźniej uznał za stosowne oczernianie niewinnej osoby – jak dla mnie to niepojęte i niezrozumiałe. Jeśli bym publicznie znieważała Sławomira K., nigdy bym przecież nie podała swoich pełnych danych! Myślę że Sławomir K. o tym doskonale wiedział. Nie rozumiem dlaczego tak się zachował wobec mnie, pisząc o mnie z nazwiska na swoim profilu facebook.

Oprócz tego na blogu założonego przez stalkera zostały opublikowane moje zdjęcia, nazwisko, telefon, adres, a także pełen zestaw informacji na temat mojego życia prywatnego – oczywiście zmanipulowanych i zniekształconych lub też w całości zmyślonych. Adres tego bloga, a także wiele innych obraźliwych treści były i nadal są promowane przez hejterów Marka na ich stronach, głównie na blogu „Kannister”. Pojawiło się tam kilka publikacji poświęconych w całości mnie, najświeższa z nich ukazała się całkiem niedawno. Moje nazwisko jest wciąż poniewierane przez grupę nieznanych mi osób, są tam powtarzane kłamliwe, obraźliwe i krzywdzące informacje na mój temat. W związku z tym czekają mnie kolejne, długie godziny spędzone na komisariacie policji.

Paweł zachował się jak najgorszy bandzior, w sposób podstępny i okrutny – nie mam pojęcia dlaczego to zrobił. Zaplanował to od początku? Czy robił to już wcześniej z innymi osobami? Zdobył moje zaufanie, by poznać moje słabe punkty. Doskonale zdawał sobie sprawę że jestem osobą dosyć nieśmiałą i skrytą, że nie lubię konfrontacji, że z reguły trzymam się z boku. Że można mnie zaatakować, bo prawdopodobnie nie będę miała siły się bronić. Zdradził moje miejsce zamieszkania, numer telefonu, groził mojej rodzinie, podawał bardzo osobiste i bolesne fakty z mojego życia – najgorsze jest to, że wszystko przeinaczał na moją niekorzyść, zatajał istotne fakty albo je zmieniał, by postawić mnie w jak najgorszym świetle.

Miałam wrażenie, że zostałam zapędzona w ślepy zaułek z którego nie ma wyjścia. Oprócz paraliżującego lęku i dławiącego przerażenia był we mnie ogromny wstyd za to, że dałam się podejść jak dziecko – że sama dałam stalkerowi narzędzia do nękania mnie. Musiałam powiadomić rodzinę, pójść na policję – zaczęło się gorączkowe zabezpieczanie kont, trzeba było podjąć też wiele innych środków ostrożności. Ponadto musiałam zgłosić się do psychologa i psychiatry ze względu na ciągłe poczucie zagrożenia i nawrót depresji. Mam lęki, cierpię na bezsenność, stałam się wycofana, przestałam ufać ludziom. Pojawiły się problemy z brakiem motywacji, nie opuszcza mnie poczucia bycia głupią i lekkomyślną. Mam do siebie żal za to, że dałam się oszukać, przez co skazałam siebie, a także wiele niewinnych osób na cierpienie i prześladowanie. Straciłam zaufanie do swoich osądów. Miałam plany na życie, marzenia, jednak teraz wydają mi się one odległe i niedostępne.

Mimo wszystko liczę na to, że uda mi się wyjść z tego stanu – cały czas nad tym pracuje, małymi krokami idę do przodu. Pokładam ogromną nadzieję w tym, że mój prześladowca stanie przed obliczem sprawiedliwości i otrzyma właściwą karę za swoje czyny.

Chciałabym wam – słuchaczom i widzom Radia Samiec – gorąco podziękować za słowa wsparcia. Przeczytałam każdy komentarz skierowany do mnie, zastrzyk pozytywnej energii od was dodał mi otuchy w tych trudnych chwilach.

Przede wszystkim jednak pragnę gorąco podziękować Markowi za okazane wsparcie, nieocenioną pomoc i porady, a także za nadzieję na pozytywne rozwiązanie tej sprawy.

Autor: Ania J.

Źródło zdjęć: pixabay

Historia Ani, czyli piekło stalkingu cz.1

Cześć, nazywam się Ania i jestem ofiarą stalkingu.

Żeby przywołać w umyśle zdarzenia które zapoczątkowały ten koszmar, muszę cofnąć się myślami aż do 2017 roku – nie był to dobry okres w moim życiu, chyba jeden z najgorszych. Byłam mocno zagubiona, lata programowania kościelnego, rodzinnego, społecznego, medialnego i Bóg wie jakiego jeszcze dało mi się we znaki. Nie powiodło mi się w związku, nie powiodło mi się w pracy, wieloletnia, pogłębiająca się depresja i zły stan zdrowia skłoniły mnie do poszukiwań – co u licha może być przyczyną tego, że moje życie przypomina ciągłą batalię? Czyżbym była czarną owcą, która nie jest w stanie dopasować się do panujących realiów?

Szybko zdałam sobie sprawę, że religia to jedna wielka ściema, a ksiądz nie ma dla mnie żadnych odpowiedzi, prócz takich których został nauczony przez swoich zwierzchników z korporacji watykańskiej. Wizyta u psychiatry skończyła się kolejnym rozczarowaniem – moje problemy okazały się być prawdziwą plagą naszych czasów, plagą z jaką służba zdrowia nie jest w stanie sobie poradzić, a może nawet nie chce – bo przecież nieszczęśliwe społeczeństwo to społeczeństwo na którym można świetnie zarobić.

To wszystko skłoniło mnie do mniej konwencjonalnych rozwiązań. Zdecydowałam, że czas sięgnąć w głąb internetu i tam poszukać leku na moje problemy, dowiedzieć się co mają do powiedzenia ludzie spoza głównego nurtu medialnego. To małe prywatne śledztwo szybko doprowadziło mnie na kanał Radio Samiec – jak pewnie wielu z was. Niemal od pierwszego odsłuchu spostrzegłam, że mam do czynienia z człowiekiem, którego warto posłuchać. Postanowiłam zostać na dłużej.

Powoli, stopniowo odkrywałam kolejne nagrania Marka – szczególnie interesowały mnie tematy psychologiczne oraz ezoteryczne (całkowita nowość dla mnie w tamtym momencie). Imponująca ilość materiałów zawartych na kanale miała swoje plusy i minusy – minusem był niewątpliwie fakt, że zdałam sobie sprawę, iż proces dotarcia do interesujących mnie tematów nie będzie należał do najkrótszych. Postanowiłam zrobić coś o co nie podejrzewałabym siebie w innych okolicznościach – zaczepić autora, spróbować nawiązać kontakt i zadać kilka pytań.

Był to krok dość rozpaczliwy, ale stan w jakim byłam w tamtym momencie przynajmniej częściowo go tłumaczy. Marek okazał się nie mieć czasu na rozmowę – oczywiście spodziewałam się tego, teraz już wiem, że jako pisarz i twórca musi rozsądnie dysponować każdą minutą. To mnie jednak nie zraziło, jedynie uświadomiło jak zuchwała była moja prośba.

Kontynuowałam eksplorację kanału – słuchałam bieżących audycji, sięgałam też po te archiwalne. Napisałam kilkanaście komentarzy na fanpage’u Samcze Runo – zrobiłam to z mojego prywatnego profilu, na którym były umieszczone zdjęcia, dane personalne, generalnie sporo informacji. Nie miałam pojęcia, że właśnie popełniam ogromny błąd, że powinnam zadbać o prywatność – oraz że właśnie wskoczyłam na celownik hejterów, o których istnieniu miałam bardzo mgliste pojęcie.

Wszystko zaczęło się klasycznie i przewidywalnie – zaczepił mnie na Facebooku, odpowiadając na jeden z moich komentarzy na wcześniej wspomnianej stronie Samcze Runo. Po pewnym czasie do mojej skrzynki wpadła wiadomość od niego. Facet – przedstawiający się jako Paweł G. – był bardzo miły, uprzejmy, na dodatek szczerze zainteresowany problemami z jakimi się zmagam, zachęcał mnie do zwierzeń. Dopiero teraz, z perspektywy czasu, widzę że był to jeden z wielu znaków, że ten osobnik ma bardzo złe zamiary.

Paweł wielokrotnie podkreślał, że jest wielkim fanem Marka i jego Radia Samiec, deklarował że przesłuchał wszystkie audycje z tego kanału i jest w stanie mi pomóc tak samo, a wręcz lepiej niż sam autor. Nie tylko przesłuchał prawie tysiąc nagrań Marka, ale też kupił wszystkie jego książki i nagrania. Wielokrotnie dawał mi na to dowody, podawał mnóstwo szczegółów, było dla mnie jasne że jest słuchaczem Radia Samiec od wielu lat. Opisywał siebie jako podobnego do Marka – wszystko co mówił zdawało się mieć na celu przekonanie mnie, że jest taki jak on, tylko lepszy. Szczerze mówiąc, to temat Radia Samiec i jego twórcy był poruszany przez Pawła w każdej rozmowie. Było to dziwne i trochę ocierało się o fanatyzm, a wręcz obsesję, ale w tamtym momencie nie wzbudziło to moich podejrzeń, uznałam po prostu że Marek to jego idol i wiele mu zawdzięcza.

Również profil Pawła zwrócił moją uwagę – był całkiem pusty, z kilkoma niewiele wnoszącymi postami, bez zdjęcia profilowego, bez żadnych znajomych. Oczywiście wydało mi się to niecodzienne, jednak łatwo dałam się przekonać, że taka skrytość z jego strony to objaw zwykłej ostrożności i braku zaufania do mediów społecznościowych.

Przymknęłam na to wszystko oczy i kontynuowałam pisanie z nowym znajomym, głównie na Messengerze, odbyliśmy też kilka rozmów telefonicznych – głównie to ja opowiadałam o sobie, o swoich smutkach, przeżyciach. Byłam samotna i zrozpaczona, przez co z ochotą korzystałam z możliwości wygadania się. Prywatny detektyw skrzętnie to wykorzystywał i zachęcał bym mówiła mu o wszystkim co mnie trapi, przekonując przy tym, że mogę liczyć na jego pomoc, bo jest człowiekiem oczytanym i znającym życie, mogącym mi doradzić w wielu kwestiach. Wydawało mi się że jesteśmy z jednej grupy, mającej wspólny cel. Że on tak jak ja szanuje i lubi Marka, a z jego pracy pragnie czerpać wiedzę i inspirację.

fear-1131143_1280

Zaczynałam powoli wsiąkać w ten mały świat. Słuchałam audycji, przyswajałam wiedzę. Właściwie każdy dzień niósł ze sobą nowe odkrycia, nowe wglądy. Czułam że znalazłam miejsce, w które może uda mi się wrosnąć, społeczność która może pomóc mi się rozwijać. Wyraźnie odzyskiwałam siły, pojawiła się we mnie iskierka nadziei. Zaczynałam żartować, odczuwać radość życia. Paweł natomiast stawał się coraz bardziej napastliwy, z większą żarliwością starał się mnie przekonać, że to właśnie znajomość z nim może mi przynieść ulgę, że to właśnie on zna odpowiedzi na moje pytania. Kilka razy próbowałam mu wyjaśnić, że nie jestem zainteresowana jego pomocą – że sama pragnę dojść do rozwiązań, że zaczynam czuć się lepiej i nie jest to jego zasługa. On zdawał się być głuchy na te słowa. Jego zachowanie coraz bardziej przypominało desperację, a we mnie zaczęły narastać wątpliwości co do jego intencji.

Czara przelała się, gdy Paweł zadzwonił do mnie z zastrzeżonego numeru. Bardzo mnie to zdziwiło – przecież większość osób nie ukrywa się, nie korzysta z tego typu rozwiązań. Paweł nie był w stanie mi wytłumaczyć, po co posługuje się ukrytym numerem – a w mojej głowie zapaliła się wielka, czerwona lampa ostrzegawcza. Zrozumiałam że zrobił to przez przypadek, że możliwe iż do kogoś wcześniej telefonował z ukrytego numeru (nękając tę osobę), a dzwoniąc do mnie zapomniał wyłączyć tej opcji. Zaczęłam sklejać fakty – jego zainteresowanie fotografią, komputerami, praca w monitoringu, jakieś tajemnicze hobby o którym wspominał, a które wiąże się ze śledzeniem ludzi…

Autor: Ania J.

Zdjęcia: pixabay

Kryzys demograficzny i jego następstwa.

Często można usłyszeć w dyskusji argument, że naród nie musi być liczny, żeby dobrze prosperował. Oczywiście jest to stwierdzenie po części prawdziwe. Niektórzy idą nawet dalej i insynuują, że mały kraj jest łatwiej rozwijać, co jest z kolei totalną bzdurą, bo mały kraj jest zależny od innych państw czy rynku międzynarodowego, gdyż zazwyczaj nie posiada na swoim terytorium dość różnego rodzaju surowców, fabryk czy technologii. Mniejsza jest też kumulacja kapitału, co blokuje praktycznie całkowicie samodzielną realizację większych przedsięwzięć typu budowa elektrowni atomowej, wielkiej tamy, przemysłu kosmicznego czy innych tego typu instalacji.

Ważna jest też gęstość zaludnienia. Proszę sobie wyobrazić dwie ulice długości około jednego kilometra wraz z siecią energetyczną oraz kanalizacją i wodociągiem. Przy jednej jest 100 domów jednorodzinnych, a przy drugiej jest 10 domów jednorodzinnych. Zgadnijcie na której ulicy mieszkańcy będą mocniej obciążeni finansowo kosztami utrzymania infrastruktury? Brawo Sławek! Siadaj, piątka. Im mniej mieszkańców na tej samej powierzchni, tym większe koszty utrzymania infrastruktury. Dlatego Rosja, mimo relatywnie wysokiego PKB wygląda na prowincji jak skansen i jej mieszkańcy są generalnie biedni, mimo że budżet jest mocno zasilany dochodami ze sprzedaży gazu. Na drugim biegunie jest Japonia. Nie jest to oczywiście reguła, są wyjątki jak np. Kanada czy Australia oraz Bangladesz. Jednak trzeba znać specyfikę tych państw, aby wiedzieć, że taka Australia to w zasadzie 2-3 wielkie miasta a reszta to skansen, a Bangladesz to w zasadzie jedna wielka wioska, także wyjątki tylko potwierdzają regułę.

Idąc dalej, mamy taki kraj jak Polska, z dobrze rozwiniętą (na tle świata) infrastrukturą, jednak kraj jest zaludniony dość równo. Jest jedno wielkie miasto, kilka dużych a reszta to wsie i miasteczka, które się brutalnie wyludniają. Zostawimy tutaj przyczyny tych wyludnień na inne wywody. Skupmy się na samym zjawisku i jego następstwach. Jeśli miasto, które ma dziś 100 000 mieszkańców straci tych mieszkańców 20 000 w ciągu 20-tu lat i do tego dojdzie około 10 000 osób starszych, które przejdą do grupy osób nieproduktywnych, zabierających ogromne zasoby na leczenie i inne usługi, to obciążenie tej grupy pracujących zwiększy się znacznie. Nie będę wyliczał jak to będzie dokładnie wyglądało, ale mogę odesłać do wykładów śp. Dr. Rafała Wójcikowskiego. Jedno jest pewne, mniejsza ilość pracujących będzie utrzymywać większą ilość roszczeniowych niepracujących oraz większą objętościowo i bardziej kosztowną infrastrukturę, typu lotniska, aquaparki, stadiony, mosty, dworce, sieci szybkiej kolei, autostrady itd. Ogólnie nieuniknione są dalsze podwyżki podatków oraz mniejszy dostęp do usług socjalnych, o które będzie się starała większa ilość osób.

To są problemy materialne, ale nie są to jedyne trudności jakie napotkamy i w mojej ocenie nie są najgorsze. Jako że żyjemy w demokracji, to jak działa państwo i jakie cele sobie stawia zależy od tego, jakie są aspiracje i potrzeby obywateli. Politycy obiecają, a czasem też zrobią to, czego będą od nich oczekiwać wyborcy. Co będzie jeśli ci wyborcy będą coraz starsi? A znaczna ich część będzie już na emeryturze, z dużą ilością czasu i potrzeb. Ci wyborcy staną się dobrze zdyscyplinowanym i silnym elektoratem. Może nawet powstanie partia emerytów i rencistów, która będzie sprawować władzę w kraju. Pociągnie to za sobą większe obciążenia fiskalne, zmniejszy konkurencyjność naszej gospodarki oraz jej innowacyjność.

A jak to będzie wyglądało w rodzinach? Jak ukształtują się stosunki społeczne, rodzinne, towarzyskie? Na pewno zwiększy się odsetek osób dotkniętych samotnością. Wiele osób wybierze życie w pojedynkę z powodu upadku instytucji małżeństwa i rodziny. Nawet jeśli ktoś zdecyduje się na posiadanie rodziny to dominującym modelem dziś jest 2+1, czyli dwoje rodziców plus jedno dziecko. (czasem występuje model dwoje małżonków plus pies lub dwoje małżonków plus mieszkanie na kredyt). Taki model rodziny w dalszej perspektywie i w dalszych pokoleniach będzie skutkował zanikiem instytucji brata/siostry czy wujka/cioci. Będziemy mieć w zasadzie tylko ojca i matkę, czasami babcię (bo dziadek przedwcześnie umrze pracując na swoją emeryturę o pięć lat później niż babcia). Nie będzie wujków i ciotek, nie będzie zjazdów rodzinnych. Mniejszy będzie w związku z tym nacisk na tradycję, podtrzymywanie zwyczajów i kultury narodowej. Wiele osób spędzi swoje stare lata w samotności i wykluczeniu. Dzieci wychowane w roli jedynaków oraz bezstresowo staną się często (chociaż nie zawsze, dużo zależy od człowieka) bardziej egoistyczne, trudniej będzie im żyć z drugą osobą, będą bardziej nastawione na realizację swoich potrzeb. Nie będę oceniał czy to źle czy dobrze. Trudno też od dzisiejszych młodych mężczyzn oczekiwać poświęcenia dla rodziny, którą w każdej chwili mogą stracić gdy tylko kobieta zmieni zdanie i wniesie pozew o rozwód, bo sąsiad jeździ Skodą Fabią, a my ciągle tym Lanosem.

Ciężki będzie los tak zdewastowanego państwa w coraz bardziej burzliwym i niestabilnym świecie, gdzie klaruje się nowy ład i porządek. Każda wojna oznacza totalny kolaps narodu, który już się prawdopodobnie nie odbuduje. Są różne sposoby na zaradzenie temu, jednym z nich jest masowa imigracja z innych państw, w przypadku Polski jest to imigracja z Ukrainy. Rozwiązanie to ma chyba więcej minusów niż plusów, ale jak lek przeciwbólowy, na krótki okres czasu uśmierza złe emocje i poprawia humor, ale na dłuższą metę niszczy wątrobę. Jest jeszcze jedna metoda, która według mnie ma 99 procentową skuteczność, ale w dzisiejszym świecie pełnym marksistów kulturowych, feministek i poprawnych politycznie chyba jest nie do zrealizowania. Ale o tym może napiszę innym razem, jeśli w ogóle.

Wrażenia z wożenia – Mitsubishi Outlander

Obecna generacja tego modelu debiutowała 6 lat temu. To konstrukcja dojrzała i dopracowana, a jednocześnie nietypowa, bo z pogranicza dwóch segmentów. W tym właśnie tkwi jej siła.

Przy rozstawie osi 2670 mm Outlander  jest nieco za duży jak na klasyczny kompakt i równocześnie za mały na klasę średnią. Pomimo tego, w starannie wykonanej kabinie oferuje zaskakująco dużo miejsca, niemało jest go też w niemal 500-litrowym bagażniku. Wnętrze zaprojektowane jest ergonomicznie i klasycznie, bez eksperymentów stylistycznych. Zastrzeżeń nie budzi ergonomia, kokpit jest czytelny i łatwy w obsłudze. Wszystkie pokrętła i przyciski znajdują się dokładnie tam, gdzie należy się ich spodziewać. Na wyróżnienie zasługują ponadto fotele o długich siedziskach i szerokich oparciach.

Więcej niż przyzwoite właściwości jezdne Outlander zawdzięcza głównie niezależnemu, wielowahaczowemu zawieszeniu. Jego zalety dają się odczuć niemal natychmiast po ruszeniu z miejsca. Samochód precyzyjnie reaguje na polecenia kierowcy i bezzwłocznie pozwala zorientować się, czy nie przesadziliśmy z prędkością w zakręcie. Nawet, gdy pojawią się na nim jakieś nierówności, Outlander pokonuje je stabilnie i bez niespodzianek. Dzięki temu osiągnięto udany kompromis między wygodą a dynamiką jazdy. Układ kierowniczy zestrojono neutralnie, w taki sposób, aby spodobał się większości użytkowników. Wspomaganie elektryczne działa początkowo lekko, z rosnącym oporem w miarę nabierania prędkości.

Pod maskę testowanego egzemplarza trafił dwulitrowy, wolnossący silnik benzynowy. Moc 150 KM zapewnia wystarczającą rezerwę bezpieczeństwa, gwarantuje dużą elastyczność i pozwala na sprawne wykonywanie manewrów wyprzedzania, z kolei w wytracaniu prędkości pomagają skuteczne, czułe hamulce. Z silnikiem współpracuje nowoczesna, bezstopniowa przekładnia automatyczna, która pracuje płynniej niż klasyczne automaty. Kabina jest dobrze izolowana akustycznie, we znaki daje się jednak duże zużycie paliwa (nawet 14 l/100 km w mieście).

Układ sterowania napędem 4×4 to AWD (All Wheel Drive) – został on specjalnie przystosowany do współpracy z jednostkami o wysokich mocach. Zespół rozdziału mocy pomiędzy koła przednie i tylne składa się z tłokowej pompy hydraulicznej (napędzanej wtedy, gdy na skutek uślizgu pojawia się różnica prędkości obrotowych obu osi) oraz mokrego sprzęgła wielotarczowego. Pracą tego ostatniego steruje regulowany zawór dławiący, przy czym decydujący głos mają procesory podłączone do cyfrowej instalacji elektrycznej, za pośrednictwem której otrzymują potrzebne informacje o stanie pojazdu. Rozdział mocy następuje w pełni automatycznie. Podczas jazdy ze stałą prędkością po prostym odcinku suchej drogi do przednich kół trafia około 85% momentu obrotowego, ale gdy wymaga tego sytuacja, może skierować do kół tylnych nawet 50% momentu.

Na uwagę zasługuje ponadto system ochrony przedzderzeniowej. Jego dobrodziejstwo docenimy przede wszystkim w mieście, gdzie 75% zdarzeń drogowych występuje, gdy samochody poruszają się z prędkościami do 30 km/h. Dlatego właśnie system ten, dzięki laserowi zamontowanemu w okolicach lusterka wstecznego, śledzi pojazdy znajdujące się z przodu. Jeżeli wykryje zagrożenie kolizją, niezwłocznie zatrzyma pojazd, zapobiegając stłuczce lub ograniczając jej skutki.

Warto także włączyć aktywny tempomat wykorzystujący radar dalekiego zasięgu. Dzięki niemu samochód może sam nie tylko utrzymywać ustaloną odległość od auta, które jedzie przed nim, ale także w razie potrzeby przyspieszać (oczywiście tylko do ustalonej wcześniej wartości maksymalnej) lub płynnie hamować aż do całkowitego zatrzymania. Przy zmianie pasa ruchu pomaga z kolei system układ monitorujący obszar znajdujący się po bokach samochodu. Gdy w tzw. „martwym polu” pojawia się inny pojazd, kierowca zostaje ostrzeżony  dyskretną pomarańczową lampkę umieszczoną w słupku przednich drzwi.

A ile to wszystko kosztuje? Tu ponownie widać dualizm Outlandera, a więc mniej niż bardzo dużo, ale więcej niż mało, czyli średnio – a konkretnie 122 400 zł. Otrzymujemy za to samochód ze wspomnianym wyżej 150-konnym silnikiem, automatem, LED-owe reflektory, dwustrefową klimatyzacją, systemem audio Rockford Fosgate, aktywnym tempomatem, asystentem parkowania, kamerą cofania, szyberdachem i skórzaną kierownicą. Seryjne są również elektrycznie sterowane szyby, elektrycznie sterowane i podgrzewane lusterka zewnętrzne, centralny zamek ze zdalnym sterowaniem, system ESP i komplet poduszek powietrznych, komputer pokładowy oraz fotel kierowcy z elektryczną regulacją.

Outlander zdaje egzamin z wynikiem pozytywnym, chociaż widać już po nim upływ czasu. Okazuje się pojazdem wszechstronnym, który udanie łączy cechy komfortowego kombi i funkcjonalnego minivana, a dodatkowo oferuje jeszcze napęd 4×4 i podwyższony prześwit (19 cm). Do pełni szczęścia brakuje kilku elementów, przydałyby się aktywne amortyzatory z możliwością usztywnienia i bardziej „inteligentne” reflektory, bo pomimo że są to LED-y, to jednak bez funkcji selektywnej korekcji wiązki świateł drogowych. Reszty dopełnia niewielka awaryjność poparta 5-letnią gwarancją mechaniczną, świetne zabezpieczenie antykorozyjne i prosta, solidna instalacja elektryczna pozbawiona wiązek multipleksowych.

Tekst i zdjęcia: Jakub Sandecki

Jak przedłużyć życie?

Ludzie zrobią wszystko by ich życie było długie, a ciało piękne i zdrowe. Elżbieta Batory, słynna węgierska arystokratka żyjąca kilkaset lat temu, zwykła wypijać krew mordowanych przez nią młodych dziewcząt tak, by przejmować ich fizyczne i duchowe cechy…

Dzisiaj stosujemy rożnego rodzaju suplementy diety, głodówki, rzucamy szkodliwe nałogi, ustanawiamy rutynę ćwiczeń i wiele innych, by nasze ciało służyło nam jak najdłużej… i tak, owszem… Należy mieć nad tym kontrolę, ale czy jednak musimy się aż tak musztrować, by być długoletnim?

Przypomnijmy sobie piętnaście pierwszych lat naszego życia… czy nie wydają się nam one niesamowicie długie? Psycholog William James zauważył i opisał tą zależność już w 1890 roku. Stwierdził, że czas wydaje się przyspieszać wprost proporcjonalnie do naszego wieku, gdyż przychodzi moment, że po odkryciu funkcjonowania świata przestajemy przeżywać i zaskakiwać się otoczeniem.

Wszystko co działo się w pierwszych latach naszej egzystencji było odkrywaniem, poznaniem, zagadką do rozwiązania… natomiast wszystko czego się nauczyliśmy stało się z czasem nieznośną rutyną wałkowaną codziennie od nowa. To właśnie nasza osobista ‘rutyna’ skraca nasze życia.

Późniejsze poszukiwania psychologów XX oraz XXI wieku wykazały, że im młodsza jednostka, tym jej określenia czasowe na temat życia były bardziej „statyczne i powolne”, natomiast im starszy osobnik tym określenia stawały się bardziej ulotne. Egzystencję zaczyna się porównywać raczej do „pędzącego pociągu”.

Nic dziwnego… pierwsze lata były dla nas wieczną przygodą. Wybiegałeś o 08:00 rano na dwór, podwórze, plac, pole (skądkolwiek pochodzisz) i nigdy nie wiedziałeś co Cię czeka ani co przyniesie Ci następna godzina. Spotykałeś swoich kumpli z rejonu… dziwnym trafem każdy wiedział, gdzie się szukać bez telefonu komórkowego i szliście na 12-stkę pokopać piłkę, a później mała bójka z grupką z innego rejonu… dzień był długi choć trwał tyle samo dla Twojego ojca, który skracał go drzemiąc przed telewizorem po powrocie z pracy.

To nie Twoje drobne nałogi skracają Ci życie (choć te trochę też), to Ty sam skracasz je skazując się na rutynę braku przygód, nowych wyzwań, obowiązków, twórczości, podroży, odkrywania nowych miejsc i poznawania nowych, inspirujących oraz dających lekcje ludzi. Często nadmierna musztra samego siebie przynosi więcej szkody niż pożytku, spinając Cię wewnętrznie i wprowadzając Cię w stany silnego stresu, zabijającego od środka.

Jak więc możemy skutecznie wydłużyć sobie żywot? Szczerze?

.. jeżeli nie jesteśmy dorobionymi właścicielami wielkiej sieci firm i nie możemy pozwolić sobie na wycieczki 3 razy do roku, lub nie jesteśmy tak szaleni jak autostopowicze przemierzający świat wzdłuż i wszerz za 8 stówek… to lepiej wybaczyć sobie tą jedną czy kilka fajek dziennie (choć to wciąż bardzo szkodliwy nałóg), ale zacząć celebrować małe wydarzenia, rozmowy z ciekawymi osobistościami czy codzienne czynności… spoglądać na te same przedmioty i miejsca, jak gdyby widziało się je po raz pierwszy.

Zacząć obserwować trajektorie ruchu kropli deszczu spływającej po

szybie, dokładnie tak jak wtedy, gdy mieliśmy po 9 lat. Bądź odkrywcą, twórz to co lubisz, eksploruj… trudź się nad czymś co da Ci satysfakcję, a kiedy już opanujesz ta metodę życia to zobaczysz, że 2 następne tygodnie wydadzą Ci się miesiącem. Jakkolwiek trywialnie by to nie zabrzmiało, zaufaj – zadziała.

Autor: Kat Skulik

Malarstwo z ilustracji: Kat Skulik

Tekst zainspirowany inną działalnością:

http://www.entertheroom.pl/life/6468 – niech – ktoś – zatrzyma – czas

Wrażenia z wożenia – BMW 750d

Flagowa seria 7 już od 40 lat stoi na szczycie gamy modelowej BMW – w ofercie tego producenta nie znajdziemy niczego lepszego. Najnowsza,  trzecia odsłona tej reprezentacyjnej limuzyny może być nie tylko świetnie wyposażona, ale także bardzo szybka.

Nazwa może być myląca, ponieważ wbrew oznaczeniu na klapie bagażnika, pod maską nie kryje się wcale silnik 5.0, a zaledwie 3-litrowy diesel V6. Cóż począć, takie czasy, coraz mniejsze pojemności i jednocześnie coraz więcej turbosprężarek (w tym przypadku jest ich aż 4!). To propozycja dla osób, które nie mniej niż prezencję eleganckiego sedana cenią osiągi na najwyższym poziomie. Siłą rzeczy, niezbędne jest doskonałe przeniesienie napędu. Seria 7 wykorzystuje sprawdzone rozwiązanie w postaci układu XDrive rozdzielającego na obie osie moc 400 KM i moment obrotowy 760 Nm.

Dzięki znakomicie zestrojonemu układowi jezdnemu, minimalnym wychyłom karoserii i świetnie wyczuwalnemu układowi kierowniczemu, seria 7  porusza się (i hamuje) fenomenalnie. Osiągi nie pozostawiają absolutnie nic do życzenia. Pierwszą „setkę” na liczniku widać po upływie 4,5 sekundy. Dynamiczne sprinty spod świateł – czy jak kto woli – ze startu zatrzymanego, owszem, robią wrażenie, jednak jeszcze większe robi tempo, z jakim strzałka prędkościomierza pnie się w górę po przekroczeniu 100 km/h. Moc rozwijana jest bardzo płynnie i harmonijnie, a jednocześnie bez żadnej zwłoki.

W zróżnicowanych warunkach drogowych, średnio co 100 km z baku znika 12-14 litrów oleju napędowego, a więc stosunkowo niewiele, biorąc pod uwagę możliwości silnika, notabene niezwykle cichego i świetnie dogadującego się z 8-stopniową, automatyczną skrzynią biegów. Powód takiego stanu rzeczy? Z pewnością ultraszybka elektronika, „kosmiczne” technologie, być może w jakimś stopniu także to, że podczas jazdy, w oparciu o analizę mapy i sygnały pochodzące z nawigacji GPS, skrzynia dokładnie wie, kiedy zmienić bieg na wyższy, a kiedy zredukować przełożenie.

Seryjne pneumatyczne, aktywne zawieszenie, które pracuje cicho i miękko, nie można też narzekać na hałas powietrza opływającego nadwozie, nawet przy bardzo, bardzo wysokich prędkościach. Istnieje oczywiście możliwość dostosowania charakterystyki auta do stylu jazdy kierowcy. Dobierając odpowiednio interesujące nas parametry możemy przemienić tę luksusową limuzynę w prawdziwą bestię, z wystrzałowymi wręcz reakcjami na ruchy pedałem gazu, ostrym jak brzytwa układem kierowniczym i twardym jak deska tłumieniem nierówności.

A wnętrze? Nie samymi osiągami przecież człowiek żyje, nawet jeśli decyduje się na zakup luksusowego samochodu z tak potężnym silnikiem zamontowanym między przednimi kołami. No cóż, pod tym względem doświadczamy swego rodzaju standardu dla aut tego typu. Mamy więc perfekcyjną ergonomię, super-staranny montaż i materiały najwyższej próby. Prawdziwe drewno, szczotkowane aluminium, najwyższej jakości skóra – wszystko jest dokładnie tym, na co wygląda.

Seria 7 nigdy jeszcze nie była tak dobrze przygotowana do walki z konkurencją. Mamy tu do czynienia z niesamowicie dopracowaną, luksusową salonką o niezrównanej jakości, bliską perfekcji. To najwyższa półka, także cenowa – wersja 750d kosztuje 526 600 zł. Pneumatyczne zawieszenie, dźwiękoszczelne szyby, kolumnę kierownicy z regulacją elektryczną, diodowe reflektory czy w końcu drewniane, orzechowe inkrustacje otrzymujemy w standardzie.

Ciekawostką są opcjonalne (dopłata 14 000 zł) lampy działające w technologii laserowej, oświetlające drogę na blisko pół kilometra (!) przed samochodem. Oznacza to, że i tak imponujący zasięg klasycznych reflektorów diodowych ulega podwojeniu. W dodatku nawet na tle niezwykle ekonomicznych lamp LED uzyskujemy kolejną oszczędność energii potrzebnej na oświetlenie drogi o 30%. Poza ograniczaniem poboru prądu, laserowe światła BMW oświetlają drogę w wyraźnie bardziej intensywny sposób, bez jednoczesnego nagrzewania otoczenia.

Kilka wysokowydajnych diod emituje silnie skupiony strumień poprzez specjalne soczewki na fluorescencyjną substancję fosforową wewnątrz lampy, a substancja ta z kolei przekształca promień w wyjątkowo jasne białe światło, 10-krotnie intensywniejsze od emitowanego przez konwencjonalne źródła światła. Ze względu na to, że strumień światła jest bardzo intensywny i właściwie idealnie jednorodny, wydajność całego systemu jeszcze bardziej rośnie. W połączeniu z komputerowym systemem wsparcia sterowaniem oświetlenia (asystent świateł drogowych), wyeliminowane zostaje niebezpieczeństwo oślepiania jadących z przeciwka.

Tekst i zdjęcia: Jakub Sandecki

Miłość to wielka siła! (zapiski Pani stomatolog)

Miłość to wielka siła – co uświadamiam sobie zwłaszcza wtedy, gdy do mojego gabinetu wkracza zakrwawiony samiec alfa ze swoimi zębami, skrzętnie zawiniętymi w woreczku foliowym albo prezerwatywie, które to tuli do siebie jak niemowlę.

Jest to skrócony, stomatologiczny poradnik dla samców alfa, po odbytej walce o terytorium i samice.

W dużym skrócie rozważmy trzy najczęściej spotykane opcje po przegranej bądź wygranej bójce o kobietę swego życia:

1. Samiec alfa przynosi zęby w woreczku.

Jeśli samiec zjawi się w ciągu 4 – 6 godzin po wybiciu zębów, istnieje szansa replantacji zęba. W dużym skrócie wygląda to tak – ząb jest “wybebeszany” z miazgi i usadowiony ponownie w zębodole, oraz stabilizowany do sąsiednich zębów. Ząb jest wprawdzie martwy, ale nasz, własny. Na imprezie można się pochwalić, że odrósł. Można go czasami mieć do końca życia, jest osłabiony – ale jest. 

Kobieta dla której go straciliśmy odejdzie, ale on z nami zostanie.

Moja praktyka wskazuje, że aby wskrzesić estetyczny błysk zębów osiedlowego dominatora, trzeba ok. 10 – 15 wizyt w gabinecie, koszt to ok. 1000 – 1500PLN, ale ocena wizyt i koszty są uzależnione od urazu, okoliczności i lekarza stomatologii.

Ból? Oczywiście że jest, ale można go skutecznie stłumić środkiem znieczulającym. Im samiec alfa grzeczniejszy i milszy dla swojej pani doktor, tym ilość środka większa – a bólu mniejsza.

I na odwrót 🙂

Mój fotel dentystyczny a zwłaszcza wiertareczki, igiełki i inne służące zdrowiu obywateli instrumenty, mają magiczną moc gwałtownego kurczenia się ego największych nawet “twardzieli”.

2. Pokrwawiony, często będący pod wpływem alkoholu (co słychać, widać i przede wszystkim czuć) samiec alfa wkracza błędnym krokiem do mojego gabinetu, ale bez zębów. Czasami ciosy są tak mocne, że samiec połyka własne zęby (nie będę nic pisać o próbach ich znalezienia podczas porannej toalety), a czasami odlatują w nieokreślonych kierunkach i nie udaje się ich znaleźć – niekiedy samiec nie wie, że znalezienie zębów bardzo mu ułatwi życie (i pozbawi wiele bólu), albo też jest tak pijany, że poszukiwania kończą się chrapaniem (bądź zgonem z wychłodzenia) w pobliskim rowie.

Tu są dwie możliwości, z których korzystam w swojej praktyce:

A. Czekamy aż się wszystko wygoi (6 – 8 tygodni) i proponujemy samcowi rozwiązanie protetyczne – koszt dwóch przednich zębów zaczyna od najtańszej opcji (kilkaset złotych za lumpenproletariacką protezę) aż do kilku tysięcy, gdy istnieje możliwość założenia stałej pracy protetycznej (most).

B. Założenie implantów bezpośrednio po bójce. Koszt dla dwóch przednich zębów ok. 10 – 12 tysięcy. Dobre wino i kwiaty pod koniec udanych zabiegów nie są obowiązkowe, ale mile widziane.

Nie można ocenić ilości wizyt, średnio z mojej praktyki wychodzi ok. 6, 7 wizyt. Przystojni mężczyźni mogą liczyć na więcej wizyt 🙂 Ból? Na pewno jest, ale nie wiem o jakiej sile, ponieważ tak się szczęśliwie składa, że nikt mi nie wybił zębów. A że pacjenci krzyczą? Oj tam oj tam, u mnie zawsze się trochę krzyczy 🙂 Co to za pacjent który nie krzyczy? Jestem kobietą, i w moich objęciach wypada i jest w dobrym tonie, by chociaż kilka razy rozpaczliwie wrzasnąć.

3. Dumny, posiniaczony samiec pokazuje brudnym palcem (który dawno nie widział pilniczka i nożyczek) na swoją jamę ustną, w której widzimy złamany ząb.

Cóż począć z takim nieszczęśnikiem? W zależności od złamania można odbudować zachowawczo, lub po uprzednim przygotowaniu protetycznie.

Odbudowa kosztuje do kilkuset złotych, a koszt odbudowania protetycznego to ok. 1 – 2 tysięcy. Z mojego doświadczenia jest to od 3 – 6 wizyt, ale proszę się tym nie sugerować. Przystojni regenerują się dłużej, brzydcy panowie znacznie szybciej 🙂

Wpływ imigracji na zwykłego Polaka oraz sytuacja rynku pracy.

Często spotykam się z błędnym rozumowaniem pojęć w zakresie migracji ludności, dlatego chciałbym na wstępie objaśnić stosowaną terminologię. Jeśli patrzymy z punktu widzenia naszego kraju, emigracja są to ludzie którzy wyjeżdżają czasowo lub na stałe poza jego granice, z kolei imigracja są to ludzie którzy do naszego kraju przyjeżdżają – podobnie jak z importem i eksportem. Poniższe rozważania będą dotyczyć głownie imigracji, chociaż ta jest na pewno mocno powiązana z emigracją.

Polska w nowoczesnej historii praktycznie zawsze była krajem emigracji, nie było zazwyczaj jakiś większych pokus w naszym kraju, które były w stanie wabić mieszkańców innych państw i skłaniać ich do osiedlania się na naszym terenie. Historycznie zdarzały się jakieś ruchy na wschodnich rubieżach, osiedlanie się na naszych terenach Żydów uciekających od prześladowań na zachodzie Europy, czy słynne osadnictwo niemieckie. Obecnie mamy do czynienia ze swoistym ewenementem, gdyż nasz kraj stał się celem migracji dla milionów ludzi ze wschodu. Przyczyniło się do tego kilka kwestii, postaram się wymienić najważniejsze:

1. Kryzys gospodarczy i w miarę łagodne konsekwencje dla Polski.

2. Wojna na wschodzie Ukrainy.

3. Potężna emigracja Polaków na zachód (po 1989r. mogło wyjechać od 3 do 5 milionów Polaków – szacowanie tej migracji jest bardzo trudne i kompletnie nie radzi sobie z tym GUS).

4. Załamanie się demografii w naszym kraju, dzietność spadła z około 3 dzieci na kobietę do 1,2 dziecka na kobietę (ostatnio odnotowano rekordowy wzrost i wskaźnik zbliżył się do 1,5, ale to głównie zasługa wyżu demograficznego, który próbuje mieć dzieci).

Powyższe czynniki doprowadziły do tego, że w Polsce bezrobocie zaczęło szybko spadać, bo mimo tego że były liczne miejsca pracy w najmniej płatnych zawodach, to wielu Polaków wolało wyjechać na zachód i tam pozostać pracując poniżej kwalifikacji, ale spokojnie i dobrze zarabiać, niż rozpocząć pracę u tzw. „prywaciarza” i zarabiać 2000zł miesięcznie, pracując po 10-12 godzin dziennie często 7 dni w tygodniu. Ktoś powie, że trzeba było się uczyć. W odpowiedzi zacytuję Mariusza Pudzianowskiego- „to i tak by nic nie dało” bo struktura gospodarki jest taka, a nie inna, po prostu doszło by do przekwalifikowania pracownika i większego „wyścigu szczurów”. Już obecnie mamy sytuację, że przy łopacie lub na magazynach pracują osoby po studiach.

Do tego doszedł „polski model biznesu” gdzie pracodawca stara się maksymalnie wyeksploatować swoją firmę, nie czyniąc większych inwestycji w maszyny i pracownika by jak najszybciej zarobić pieniądze na kolejnego mercedesa. Powoduje to, że pracownik nie zarobi tyle ile wystarczy na normalne życie, a i warunki pracy ma skrajnie złe, co powoduje zużywanie się organizmu i przedwczesne renty, zwolnienia lekarskie, choroby, zgony i samobójstwa. Koszty leczenia oczywiście ponosi państwo, czyli wszyscy obywatele. Z badań przeprowadzonych wśród państw OECD wynika, że polski rynek pracy był jednym z najgorszych wśród przebadanych państw. Nie dość że płace były jedne z najniższych, warunki pracy jednymi z najgorszych to okazało się że polski pracownik jest najmniej pewny swojej sytuacji i w zasadzie z dnia na dzień może stracić pracę i środki do życia.

Powyższa sytuacja doprowadziła do dużego odpływu ludzi z kategorii aktywnych zawodowo do kategorii nieaktywni zawodowo. Ludzie uciekali na renty, wcześniejsze emerytury, a młodzi na studia, które przedłużały ich młodość i odsuwały w perspektywie podjęcie walki w dżungli Wietnamu… przepraszam, w dżungli polskiego rynku pracy. Doszło do tego, że polski PKB jest wytwarzane przez mniejszą procentowo liczbę ludzi niż PKB innych państw w Europie. Taka sytuacja nie mogła trwać wiecznie, poprzez zmiany demograficzne i emigrację Polaków zaczął się wyczerpywać potencjał polskiego rynku pracy. Osób gotowych podjąć pracę było coraz mniej. Pojawiła się nawet rzecz niespotykana na naszych ziemiach, czyli presja na podnoszenie wynagrodzeń. Można by rzec sielanka. Jednak sielanka nie mogła trwać wiecznie. Powstało lobby pracodawców polskich i inwestorów zagranicznych popierające otwarcie się naszego kraju na imigrację ze wschodu oraz z pozaeuropejskich kręgów kulturowych. Wiadomo że Polacy niechętnie będą tolerować Araba, ale Hindusa, Wietnamczyka, czy Chińczyka już bardziej, a Ukraińca prawie nie poznają, dopóki ten się nie odezwie. Plan zdaje się powstał wcześniej niż można by się spodziewać. Wielu zresztą analityków przed kilkoma laty wieszczyło spadek bezrobocia w Polsce praktycznie do zera i problemy z tanią siłą roboczą. Wśród tych pragnę wymienić Michała Stopkę, który pisał o tym już dobre 5 lat temu na swoim blogu. Sam czytałem te analizy z niedowierzaniem i nie powiem, żeby było one bez wpływu na mój powrót z emigracji.

Lobby pracodawców i inwestorów zagranicznych, podobnie jak kiedyś we Francji, tak dziś w Polsce, w imię doraźnego interesu swoich firm, doprowadziło do masowej imigracji do Polski osób o niskich wymaganiach płacowych. Nie trzeba inwestować w pracownika, firmę, innowację, można postawić na tanią siłę roboczą. Tak zrobiła Wielka Brytania po akcesji nowych państw do UE i okazuje się że w 10 lat siła nabywcza zwykłego Brytyjczyka spadła, a wielu z nich zostało wykluczonych z rynku pracy. Podobnie było we wspomnianej wcześniej Francji, gdzie rozgrzana gospodarka potrzebowała pracowników, których francuscy kapitaliści sprowadzali z państw Maghrebu. Po czasie okazało się że o ile pierwsze pokolenie imigrantów było wdzięczne i pracowało, to drugie czy trzecie pokolenie pracować nie chciało, zaczęło gardzić Francją i Francuzami. Jest to oczywiście wynik etnocentryzmu tych narodów, oni zawsze trzymają się razem przeciwko obcym. Do tego wszystkiego doszło pogorszenie się koniunktury we francuskiej gospodarce, która zaczęła generować duże bezrobocie i stała się mało konkurencyjna na globalnym rynku czy nawet wewnątrz UE, gdzie prym wiedzie przemysł niemiecki.

Obecnie w Polsce jest podobnie jak w zachodniej Europie w latach 60-tych, 70-tych. Zaczyna się okres znacznej imigracji, ale sytuacja jest o tyle różna, że my nie mamy praktycznie własnego kapitału i dużo fabryk czy montowni to są inwestycje zagraniczne korzystające ze zwolnień podatkowych i innych udogodnień. Dochodzi do sytuacji, w której imigrant zarobkowy z Ukrainy pracuje w niemieckiej montowni i zaopatruje się w jedzenie w niemieckim Lidlu, a komodę na ubrania kupuje w szwedzkim Ikea. To wszystko dzieje się na polskiej ziemi. Czy jest to rugowanie polskości z Polski? I czy ściąganie taniej siły roboczej ze wschodu nie blokuje powrotu polskich emigrantów zarobkowych? Trudno tutaj udowadniać jakąś spiskową działalność, ale można stwierdzić fakt, że Polska w ten sposób została osłabiona, stała się czymś w rodzaju korporacji, gdzie poza pieniądzem i zyskiem nie ma miejsca na inne wartości. Bo skoro ktoś ocenia imigrację tylko z punktu widzenia kapitału, inwestycji czy dochodów do budżetu państwa to staje się menadżerem w firmie, a nie politykiem w państwie o 1000-letniej historii, bogatej kulturze i wspólnocie etnicznej.

Pragnę jeszcze zwrócić uwagę na imigrację spoza naszego kręgu kulturowego, czy imigrację osób odmiennych rasowo. Obecne trendy poprawności politycznej doprowadzają do sytuacji, że na takie osoby należy dmuchać i chuchać i nie można na nie nawet krzywo spojrzeć. Takie krzywe spojrzenie może się skończyć w dwojaki sposób. Po pierwsze możemy zostać dźgnięci w brzuch nożem, bo są to ludzie często porywczy i wywodzący się z kultury, gdzie wiele konfliktów załatwia się za pomocą ostrego narzędzia i w sposób krwawy. Po drugie ryzykujemy, że zostaniemy okrzyknięci rasistą i nawet aresztowani jeśli obiekt krzywego spojrzenia zacznie się awanturować. Podobnie jest w dostępie do pomocy socjalnej. Przykład płynie z nad Loary, gdzie pomoc socjalna priorytetowo traktuje lekarzy i inżynierów o bardziej opalonej skórze, a ewidentnie dyskryminuje przeciętnego żabojada. Nie inaczej wygląda w miejscu pracy, gdzie osoby te okazują się być konfliktowe, nieprzystosowane do współpracy z pozostałymi pracownikami, a w przypadku kłótni zazwyczaj szefostwo bierze ich stronę w obawie przed oskarżeniem o rasizm. Wtedy zazwyczaj musimy szukać innej pracy bo na pomoc socjalną na bezrobociu, co wskazałem wyżej, liczyć nie będziemy mogli.

Jeżeli imigrantów z innych kręgów kulturowych będzie więcej, to wtedy da o sobie znać ich etnocentryzm i większy od europejskiego rasizm. W takiej sytuacji zaczną tworzyć getta, domagać się przywilejów, dodatkowych praw i wpływu na politykę państwa. Obecnie w Europie panuje przekonanie, że mniejszościom należy ustępować i realizować ich roszczenia, nawet kosztem większości. Nie inaczej będzie w Polsce. Wzrośnie także przestępczość, czego namiastkę mieliśmy po masowym przyznawaniu azylu uciekinierom z Czeczenii. Trudno nawet wyobrazić sobie, co będzie kiedy tak ubogacony kraj zostanie dotknięty dużym kryzysem gospodarczym lub wojną. W przypadku niedoboru dóbr i usług może się okazać że powtórzy się sytuacja z Wołynia, gdzie Polacy byli mordowani przez swoich sąsiadów Ukraińców. Jak zachowają się w podobnej sytuacji imigranci wyznający islam?

Podsumowując uważam że masowa imigracja dla zwykłego Polaka przynosi więcej złego niż dobrego. Są oczywiście jakieś delikatne korzyści takie jak większa łatwość sprzedawania czy wynajmowania nieruchomości, większa konsumpcja wewnętrzna lub zasilanie naszego systemu ubezpieczeń emerytalnych czy zdrowotnych (jednak wielu imigrantów pracuje na czarno lub za najniższą płacę) dodatkowymi środkami, co oddala w czasie widmo jego bankructwa. Jednak zagrożenie jedności etnicznej państwa, zwiększona możliwość penetracji przez obcy wywiad czy zmniejszenie presji płacowej i blokowanie powrotu polskim emigrantów przechyla szalę na niekorzyść tego zjawiska. Należy także pamiętać że imigranci zazwyczaj stają się, po uzyskaniu obywatelstwa, wyborcami partii lewicowych i na zasadzie kuli śnieżnej doprowadzają do punktu w którym zatrzymanie imigracji jest niemożliwe. Według mnie USA jest krajem który osiągnął taki punkt i rozpaczliwy wybór Trumpa był ostatnim podrygiem białych mieszkańców tego kraju przeciwko budowaniu państwa w oparciu o imigrację pozaeuropejską promowaną przez wiadome środowiska i nację. Nawet jeśli chodzi o migrantów z krajów islamskich, to nie uważam aby głównym zagrożeniem były zamachy terrorystyczne, które zwykłego człowieka bezpośrednio dotykają tak samo jak katastrofa lotnicza albo i mniej. Głównym zagrożeniem jest destabilizacja, zmiana struktury etnicznej, zmiana światopoglądu, większa podatność na podziały i kompletna niestabilność takiego państwa w obliczu upadku władzy centralnej wywołanego wojną, kryzysem lub katastrofą naturalną.