Wpływ imigracji na zwykłego Polaka oraz sytuacja rynku pracy.

Często spotykam się z błędnym rozumowaniem pojęć w zakresie migracji ludności, dlatego chciałbym na wstępie objaśnić stosowaną terminologię. Jeśli patrzymy z punktu widzenia naszego kraju, emigracja są to ludzie którzy wyjeżdżają czasowo lub na stałe poza jego granice, z kolei imigracja są to ludzie którzy do naszego kraju przyjeżdżają – podobnie jak z importem i eksportem. Poniższe rozważania będą dotyczyć głownie imigracji, chociaż ta jest na pewno mocno powiązana z emigracją.

Polska w nowoczesnej historii praktycznie zawsze była krajem emigracji, nie było zazwyczaj jakiś większych pokus w naszym kraju, które były w stanie wabić mieszkańców innych państw i skłaniać ich do osiedlania się na naszym terenie. Historycznie zdarzały się jakieś ruchy na wschodnich rubieżach, osiedlanie się na naszych terenach Żydów uciekających od prześladowań na zachodzie Europy, czy słynne osadnictwo niemieckie. Obecnie mamy do czynienia ze swoistym ewenementem, gdyż nasz kraj stał się celem migracji dla milionów ludzi ze wschodu. Przyczyniło się do tego kilka kwestii, postaram się wymienić najważniejsze:

1. Kryzys gospodarczy i w miarę łagodne konsekwencje dla Polski.

2. Wojna na wschodzie Ukrainy.

3. Potężna emigracja Polaków na zachód (po 1989r. mogło wyjechać od 3 do 5 milionów Polaków – szacowanie tej migracji jest bardzo trudne i kompletnie nie radzi sobie z tym GUS).

4. Załamanie się demografii w naszym kraju, dzietność spadła z około 3 dzieci na kobietę do 1,2 dziecka na kobietę (ostatnio odnotowano rekordowy wzrost i wskaźnik zbliżył się do 1,5, ale to głównie zasługa wyżu demograficznego, który próbuje mieć dzieci).

Powyższe czynniki doprowadziły do tego, że w Polsce bezrobocie zaczęło szybko spadać, bo mimo tego że były liczne miejsca pracy w najmniej płatnych zawodach, to wielu Polaków wolało wyjechać na zachód i tam pozostać pracując poniżej kwalifikacji, ale spokojnie i dobrze zarabiać, niż rozpocząć pracę u tzw. „prywaciarza” i zarabiać 2000zł miesięcznie, pracując po 10-12 godzin dziennie często 7 dni w tygodniu. Ktoś powie, że trzeba było się uczyć. W odpowiedzi zacytuję Mariusza Pudzianowskiego- „to i tak by nic nie dało” bo struktura gospodarki jest taka, a nie inna, po prostu doszło by do przekwalifikowania pracownika i większego „wyścigu szczurów”. Już obecnie mamy sytuację, że przy łopacie lub na magazynach pracują osoby po studiach.

Do tego doszedł „polski model biznesu” gdzie pracodawca stara się maksymalnie wyeksploatować swoją firmę, nie czyniąc większych inwestycji w maszyny i pracownika by jak najszybciej zarobić pieniądze na kolejnego mercedesa. Powoduje to, że pracownik nie zarobi tyle ile wystarczy na normalne życie, a i warunki pracy ma skrajnie złe, co powoduje zużywanie się organizmu i przedwczesne renty, zwolnienia lekarskie, choroby, zgony i samobójstwa. Koszty leczenia oczywiście ponosi państwo, czyli wszyscy obywatele. Z badań przeprowadzonych wśród państw OECD wynika, że polski rynek pracy był jednym z najgorszych wśród przebadanych państw. Nie dość że płace były jedne z najniższych, warunki pracy jednymi z najgorszych to okazało się że polski pracownik jest najmniej pewny swojej sytuacji i w zasadzie z dnia na dzień może stracić pracę i środki do życia.

Powyższa sytuacja doprowadziła do dużego odpływu ludzi z kategorii aktywnych zawodowo do kategorii nieaktywni zawodowo. Ludzie uciekali na renty, wcześniejsze emerytury, a młodzi na studia, które przedłużały ich młodość i odsuwały w perspektywie podjęcie walki w dżungli Wietnamu… przepraszam, w dżungli polskiego rynku pracy. Doszło do tego, że polski PKB jest wytwarzane przez mniejszą procentowo liczbę ludzi niż PKB innych państw w Europie. Taka sytuacja nie mogła trwać wiecznie, poprzez zmiany demograficzne i emigrację Polaków zaczął się wyczerpywać potencjał polskiego rynku pracy. Osób gotowych podjąć pracę było coraz mniej. Pojawiła się nawet rzecz niespotykana na naszych ziemiach, czyli presja na podnoszenie wynagrodzeń. Można by rzec sielanka. Jednak sielanka nie mogła trwać wiecznie. Powstało lobby pracodawców polskich i inwestorów zagranicznych popierające otwarcie się naszego kraju na imigrację ze wschodu oraz z pozaeuropejskich kręgów kulturowych. Wiadomo że Polacy niechętnie będą tolerować Araba, ale Hindusa, Wietnamczyka, czy Chińczyka już bardziej, a Ukraińca prawie nie poznają, dopóki ten się nie odezwie. Plan zdaje się powstał wcześniej niż można by się spodziewać. Wielu zresztą analityków przed kilkoma laty wieszczyło spadek bezrobocia w Polsce praktycznie do zera i problemy z tanią siłą roboczą. Wśród tych pragnę wymienić Michała Stopkę, który pisał o tym już dobre 5 lat temu na swoim blogu. Sam czytałem te analizy z niedowierzaniem i nie powiem, żeby było one bez wpływu na mój powrót z emigracji.

Lobby pracodawców i inwestorów zagranicznych, podobnie jak kiedyś we Francji, tak dziś w Polsce, w imię doraźnego interesu swoich firm, doprowadziło do masowej imigracji do Polski osób o niskich wymaganiach płacowych. Nie trzeba inwestować w pracownika, firmę, innowację, można postawić na tanią siłę roboczą. Tak zrobiła Wielka Brytania po akcesji nowych państw do UE i okazuje się że w 10 lat siła nabywcza zwykłego Brytyjczyka spadła, a wielu z nich zostało wykluczonych z rynku pracy. Podobnie było we wspomnianej wcześniej Francji, gdzie rozgrzana gospodarka potrzebowała pracowników, których francuscy kapitaliści sprowadzali z państw Maghrebu. Po czasie okazało się że o ile pierwsze pokolenie imigrantów było wdzięczne i pracowało, to drugie czy trzecie pokolenie pracować nie chciało, zaczęło gardzić Francją i Francuzami. Jest to oczywiście wynik etnocentryzmu tych narodów, oni zawsze trzymają się razem przeciwko obcym. Do tego wszystkiego doszło pogorszenie się koniunktury we francuskiej gospodarce, która zaczęła generować duże bezrobocie i stała się mało konkurencyjna na globalnym rynku czy nawet wewnątrz UE, gdzie prym wiedzie przemysł niemiecki.

Obecnie w Polsce jest podobnie jak w zachodniej Europie w latach 60-tych, 70-tych. Zaczyna się okres znacznej imigracji, ale sytuacja jest o tyle różna, że my nie mamy praktycznie własnego kapitału i dużo fabryk czy montowni to są inwestycje zagraniczne korzystające ze zwolnień podatkowych i innych udogodnień. Dochodzi do sytuacji, w której imigrant zarobkowy z Ukrainy pracuje w niemieckiej montowni i zaopatruje się w jedzenie w niemieckim Lidlu, a komodę na ubrania kupuje w szwedzkim Ikea. To wszystko dzieje się na polskiej ziemi. Czy jest to rugowanie polskości z Polski? I czy ściąganie taniej siły roboczej ze wschodu nie blokuje powrotu polskich emigrantów zarobkowych? Trudno tutaj udowadniać jakąś spiskową działalność, ale można stwierdzić fakt, że Polska w ten sposób została osłabiona, stała się czymś w rodzaju korporacji, gdzie poza pieniądzem i zyskiem nie ma miejsca na inne wartości. Bo skoro ktoś ocenia imigrację tylko z punktu widzenia kapitału, inwestycji czy dochodów do budżetu państwa to staje się menadżerem w firmie, a nie politykiem w państwie o 1000-letniej historii, bogatej kulturze i wspólnocie etnicznej.

Pragnę jeszcze zwrócić uwagę na imigrację spoza naszego kręgu kulturowego, czy imigrację osób odmiennych rasowo. Obecne trendy poprawności politycznej doprowadzają do sytuacji, że na takie osoby należy dmuchać i chuchać i nie można na nie nawet krzywo spojrzeć. Takie krzywe spojrzenie może się skończyć w dwojaki sposób. Po pierwsze możemy zostać dźgnięci w brzuch nożem, bo są to ludzie często porywczy i wywodzący się z kultury, gdzie wiele konfliktów załatwia się za pomocą ostrego narzędzia i w sposób krwawy. Po drugie ryzykujemy, że zostaniemy okrzyknięci rasistą i nawet aresztowani jeśli obiekt krzywego spojrzenia zacznie się awanturować. Podobnie jest w dostępie do pomocy socjalnej. Przykład płynie z nad Loary, gdzie pomoc socjalna priorytetowo traktuje lekarzy i inżynierów o bardziej opalonej skórze, a ewidentnie dyskryminuje przeciętnego żabojada. Nie inaczej wygląda w miejscu pracy, gdzie osoby te okazują się być konfliktowe, nieprzystosowane do współpracy z pozostałymi pracownikami, a w przypadku kłótni zazwyczaj szefostwo bierze ich stronę w obawie przed oskarżeniem o rasizm. Wtedy zazwyczaj musimy szukać innej pracy bo na pomoc socjalną na bezrobociu, co wskazałem wyżej, liczyć nie będziemy mogli.

Jeżeli imigrantów z innych kręgów kulturowych będzie więcej, to wtedy da o sobie znać ich etnocentryzm i większy od europejskiego rasizm. W takiej sytuacji zaczną tworzyć getta, domagać się przywilejów, dodatkowych praw i wpływu na politykę państwa. Obecnie w Europie panuje przekonanie, że mniejszościom należy ustępować i realizować ich roszczenia, nawet kosztem większości. Nie inaczej będzie w Polsce. Wzrośnie także przestępczość, czego namiastkę mieliśmy po masowym przyznawaniu azylu uciekinierom z Czeczenii. Trudno nawet wyobrazić sobie, co będzie kiedy tak ubogacony kraj zostanie dotknięty dużym kryzysem gospodarczym lub wojną. W przypadku niedoboru dóbr i usług może się okazać że powtórzy się sytuacja z Wołynia, gdzie Polacy byli mordowani przez swoich sąsiadów Ukraińców. Jak zachowają się w podobnej sytuacji imigranci wyznający islam?

Podsumowując uważam że masowa imigracja dla zwykłego Polaka przynosi więcej złego niż dobrego. Są oczywiście jakieś delikatne korzyści takie jak większa łatwość sprzedawania czy wynajmowania nieruchomości, większa konsumpcja wewnętrzna lub zasilanie naszego systemu ubezpieczeń emerytalnych czy zdrowotnych (jednak wielu imigrantów pracuje na czarno lub za najniższą płacę) dodatkowymi środkami, co oddala w czasie widmo jego bankructwa. Jednak zagrożenie jedności etnicznej państwa, zwiększona możliwość penetracji przez obcy wywiad czy zmniejszenie presji płacowej i blokowanie powrotu polskim emigrantów przechyla szalę na niekorzyść tego zjawiska. Należy także pamiętać że imigranci zazwyczaj stają się, po uzyskaniu obywatelstwa, wyborcami partii lewicowych i na zasadzie kuli śnieżnej doprowadzają do punktu w którym zatrzymanie imigracji jest niemożliwe. Według mnie USA jest krajem który osiągnął taki punkt i rozpaczliwy wybór Trumpa był ostatnim podrygiem białych mieszkańców tego kraju przeciwko budowaniu państwa w oparciu o imigrację pozaeuropejską promowaną przez wiadome środowiska i nację. Nawet jeśli chodzi o migrantów z krajów islamskich, to nie uważam aby głównym zagrożeniem były zamachy terrorystyczne, które zwykłego człowieka bezpośrednio dotykają tak samo jak katastrofa lotnicza albo i mniej. Głównym zagrożeniem jest destabilizacja, zmiana struktury etnicznej, zmiana światopoglądu, większa podatność na podziały i kompletna niestabilność takiego państwa w obliczu upadku władzy centralnej wywołanego wojną, kryzysem lub katastrofą naturalną.

Żydowski etnocentryzm, europejski indywidualizm.

Na pewno wiele osób czytających moje artykuły, poczyniło już pewną obserwację otaczającej nas rzeczywistości, z której to obserwacji można wywnioskować, że świat jaki znamy jest celowo zmieniany przez pewne wpływowe grupy ludzi.

Zmiany te z naszej perspektywy często oceniamy negatywnie i zastanawiamy się, dlaczego niektórzy ludzie nie kierują się dobrem wspólnym, a jakąś wrodzoną przekorą i chęcią dewastowania porządku publicznego. Wierzę także, że wielu z Was w drodze poszukiwań, rozważań i rozmów ze znajomymi w dużej mierze odkryło kto stoi za pewnymi procesami. Oczywiście nie za wszystkimi, jak w tym memie gdzie reprezentant tej grupy stoi za dużym napisem „wszystko”, ale za znaczną częścią najważniejszych zmian społecznych, gospodarczych czy politycznych. Pragnę w tym miejscu rzucić nieco światła na tematykę żydowskiego kolektywizmu oraz europejskiego indywidualizmu. W tym drugim przypadku mam raczej na myśli Europę centralną i północną, z wyłączeniem jej południowych krańców, takich jak południowe Włochy, Bałkany czy półwysep Iberyjski, gdyż te obszary były pod trwałym wpływem kolektywnych i etnocentrycznych kultur z Północnej Afryki oraz z Azji.

Czym jest europejski indywidualizm? Jest to zestaw cech wrodzonych oraz wpojonych przez kulturę, w której się żyje, który to zestaw determinuje jednostkę do większej otwartości na obcych, mniejszej solidarności z grupą, większej tendencji do zakładania małych rodzin (tj. mąż, żona, dzieci, mniejsze więzi z dalszymi członkami rodziny). Europejski indywidualizm świetnie się zaadoptował po rewolucji przemysłowej, gdyż pozwolił mieszkańcom Europy na wytworzenie wysokorozwiniętych struktur państwa w oparciu o demokratyczne czy republikańskie struktury. Tacy ludzie chętnie rezygnowali z przynależności do rodów, klanów, plemion na rzecz przynależności do większych struktur związanych z ich interesem osobistym lub pełnioną funkcją. Kultura taka cechuje się większą otwartością na obcych, uniwersalnymi zasadami dla każdego, większą równością płci oraz podobnym przywiązaniem do członków rodziny w linii matki jak i ojca. Ogólnie jest to kultura którą dobrze znamy, kultura łacińska, gdzie panuje monogamia, relacje między małżonkami są oparte na dobrowolności i równości (teoretycznie, bo dziś dominować zaczęły kobiety).

Znany jest eksperyment, gdzie przebadano niemowlęta z Niemiec i z Izraela. Okazało się, że niemowlęta z Izraela mają o wiele mniejszą tolerancję na obcych, zaczynają głośno płakać, podczas gdy dzieci niemieckie wykazywały większy spokój. Ogólnie cechy indywidualistyczne czy kolektywne w dużej mierze wynikają z uwarunkowań genetycznych i badacze często dochodzą do wniosku, że wpływ na ich ukształtowanie miały warunki życia dawnych ludów.

Europejczycy wywodzą się głównie z myśliwych-zbieraczy, łączyli się w mniejsze grupy i rodziny oraz stawiali głównie czoła złym warunkom pogodowym. Aby przetrwać nie potrzebowali dużej grupy, tylko dostępu do zasobów, które pozwoliły im przetrwać zimę. Kultury kolektywne wywodzą się głównie od pasterzy zamieszkujących tereny Azji i tutaj same warunki atmosferyczne nie były głównym przeciwnikiem, bardziej skupiano się na walce między sobą i dlatego potrzeba było dużych grup złożonych z mocno związanych ze sobą jednostek, które starały się silnie odróżnić od reszty mieszkańców danego terenu. Ważna była liczebność grupy, dlatego częste były porwania kobiet na żony, których mężczyzna mógł mieć wiele i starał się jak najbardziej rozmnożyć i zachować ciągłość rodu. Są to kultury patriarchalne, gdzie pozycja kobiety jest bardzo niska, najważniejsza jest głowa rodu, dominujący mężczyzna, a inni są mu podporządkowani, rzadziej się wyłamują czy stawiają opór, a jeśli już tak się dzieje to rozprawa z takimi jednostkami jest bardzo brutalna. Wszyscy chyba z historii wiemy, jak krwawe walki odbywały się w historii o ziemie Palestyny i do jakich czystek etnicznych dochodziło, jak brutalnie zwycięzcy rozprawiali się z ludami podbitymi, często wymordowując dzieci i kobiety, które nie nadawały się do rozrodu.

Z tych ludów wywodzą się obecni Żydzi, którzy pomimo kontrowersji związanych z ich pochodzeniem i dwoistości genetycznej (genetycznie nie wszyscy są semitami) wykazują cechy, które pozwalają przypisać ich do kultur kolektywnych o silnie wykształconym etnocentryzmie. W takiej sytuacji będą oni skłonni do promowania członków swojej grupy etnicznej oraz będą mieć większą skłonność do „przymykania oka” na szkodliwe uczynki członków swojej grupy, pod warunkiem, że te uczynki są wymierzone w „obcych”. Jest to swego rodzaju partykularyzm, który stoi w opozycji do uniwersalnych zasad kultury łacińskiej. W ogóle podział na swoich i obcych jest silnie wykształcony w kulturze Żydowskiej i wspiera ten podział od tysięcy lat swoista forma wyrażania swojej odrębności poprzez ubiór, dobieranie się w pary, pielęgnowanie kultury i rytuałów czy chociażby brutalne i szeroko potępiane obrzezanie związane z okaleczaniem narządów płciowych. Poprzez te zachowanie, tworzy się odrębność od tkanki społecznej, na której Żydzi bytują i często nawet prowokuje się zachowania tzw. antysemickie, żeby siłą rzeczy członków swojej nacji, którzy zanadto się integrują z „obcymi” (zwanymi przez Żydów gojami) z powrotem do grupy ściągnąć, bo w grupie znajdą ochronę od narastającej wrogości.

 

W związku z tym, że Żyd jest wiecznym tułaczem, nie wiadomo dlaczego nie znalazł swojego miejsca na ziemiach, z których się wywodzi…. W zasadzie to wiadomo dlaczego. Jest to związane z tym, że ziemie te są zamieszkane przez równie kolektywne i etnocentryczne ludy, które nie nadają się do spenetrowania poprzez metody stosowane przez Żydów. Etnocentryzm jest znakomitą obroną przed innymi nacjami etnocentrycznymi. Takiej sytuacji nie mamy w kulturze łacińskiej, indywidualistycznej, która jest o wiele słabiej etnocentryczna i jak wspomniałem wcześniej cechuje się uniwersalizmem zasad i otwartością na obcych. W związku z tym Żydzi mogli osiąść w Europie i później na terenie założonych przez europejskich kolonizatorów Stanów Zjednoczonych Ameryki, oraz mogli skorzystać z dobrodziejstw obydwu kultur, mogli odnaleźć się jako indywidualiści w europejskich społeczeństwach jednocześnie zachowując skrycie w pamięci swoją przynależność etniczną i w sposób niejawny promować swoje interesy oraz swoich ludzi na odpowiednie stanowiska.

Doskonałym przykładem takiej penetracji są USA, gdzie Żydzi jako imigranci w pierwszym lub drugim pokoleniu, potrafili na przełomie XIX i XX wieku zdominować kluczowe branże związane z wpływaniem na politykę państwa oraz na opinię publiczną. Mieli w swoim posiadaniu bezpośrednio i pośrednio Hollywood, większość opiniotwórczej prasy, ośrodki polityczne i akademickie. Mało znanym dziś jest fakt, że pozostali biali Amerykanie starali się temu zjawisku przeciwdziałać, jednak byli spychani na margines życia politycznego i społecznego (podobnie dziś jest w Polsce). Ponoć w kręgach wojskowych takie próby pojawiały się do końca zimnej wojny i zapewne również dzisiaj jest w Narodzie Amerykańskim wielu krytyków obecnego stanu rzeczy, jednak rozbudowany aparat opresji, autokrytyki oraz w końcu zdominowany przez nację żydowską aparat prawno-sądowy nie pozwala im dojść do słowa i w zarodku „ucina głowę hydrze faszyzmu”. Znakomitym zabiegiem psychospołecznym było stworzenie określenia „antysemityzm”, które jest słowem-kluczem otwierającym odpowiednie zapadki w umysłach wytresowanych przez media i przemysł rozrywkowy przeciętnych obywateli.

Żydzi poprzez swój wpływ wymusili na USA otwarcie się na imigrację z innych niż europejskie kręgów cywilizacyjnych, co poskutkowało trwałą i wciąż postępującą zmianą etniczną a co za tym idzie zmianą preferencji wyborczych i nasileniem się podziałów wśród samych Amerykanów. Wyparte zostały również resztki świadomości etnicznej tego narodu i tam gdzie w latach 20-tych czy 30-tych mieliśmy otwartą dyskusję o rasach, o wspólnocie etnicznej potomków białych kolonizatorów, tam gdzie mieliśmy dyskusję na argumenty za i przeciw imigracji, w latach 60-tych mamy już emocje, oskarżanie o rasizm i antysemityzm oraz oskarżanie o faszyzm czy nazizm. Proszę samemu sprawdzić suche liczby dostępne w Internecie, jak w ciągu 10 lat zmienił się etniczny i kulturowy obraz USA. A co będzie za lat trzydzieści lub czterdzieści? Czy kraj ten stanie się czymś w rodzaju RPA?

Dlaczego Żydzi tak czynią, dlaczego wywracają dobrze prosperującą kulturę do góry nogami, wspierając zewsząd wszelkie formy dewiacji, udziwnień które wprowadzają pod przykrywką nowoczesności? Dlaczego rozbudowują system socjalny w ten sposób że ci wszyscy, którzy do niego wpłacają najmniej z niego korzystają, natomiast największą korzyść mają z niego ci, którzy wpłacają niewiele lub wczoraj wylądowali na plażach Włoch czy przedarli się przez niemiecką granicę? Odpowiedź jest według mnie następująca. Oni się nas boją. Boją się, że odkryjemy ich destrukcyjny wpływ na naszą kulturę, na nasze życie, na nasze związki i nasze dzieci. Starają się jak najszybciej tak wszystko wywrócić do góry nogami, żeby nie mógł powstać przeciwko nim silny, połączony etnicznie opór. Będą prowadzić politykę „dziel i rządź” a wymieszane etnicznie społeczeństwa Europy i Ameryki nie będą zdolne do zlokalizowania przeciwnika i zneutralizowania jego działania.

Autor DL